Chorzów. Karetka woziła pacjentkę kilka godzin od szpitala do szpitala. "Pół dnia dzwoniłem, żeby dowiedzieć się, gdzie jest moja żoneczka"

Patryk Osadnik
Patryk Osadnik

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Renata Sroka z Chorzowa od wizyty w kolejnym szpitalu wzbraniała się jak tylko mogła. Najbezpieczniej czuła się w domu. Na początku lutego nie było jednak wyjścia i 57-latka musiała trafić pod specjalistyczną opiekę. Test na COVID-19 okazał się pozytywny i wtedy pojawił się problem: gdzie znaleźć wolne miejsce? Dwa szpitale nie przyjęły kobiety na oddział, dopiero po kilku godzinach w karetce znalazło się łóżko w tarnogórskim Szpitalu św. Kamila, gdzie po kilku dniach zmarła - Kilka godzin w drodze, od szpitala do szpitala, z człowiekiem, który potrzebował pilnej pomocy. Czy tak to powinno wyglądać? - pyta zrozpaczona córka po śmierci matki.

Do Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich rodzina przywiozła pani Renacie torbę pełną wody mineralnej i jedzenia: serków topionych, bułek, ulubionych wafelków Prince Polo.

- Mama wypisała się na własne życzenie po pięciu dniach, 22 stycznia. Całą torbę przywieźliśmy do domu. Nic nie dali, choć prosiłam, bo miała orzeczenie o niezdolności do samodzielnej egzystencji - wspomina córka Monika.

- Prosiła, żebym ją odebrał, bo ją wykończą - mówi mąż Zbigniew, któremu przez całą rozmowę łzy napływają do oczu.

Pani Renata chorowała od dawna

U Renaty Sroki prawie 10 lat temu rozpoznano chorobę autoimmunologiczną. Zajmował się nią mąż oraz córki.

- Kiedy w 2020 roku trafiła do szpitala, spisywali ją na straty. Lekarze mówili, że nie ma szans, że trzeba się pożegnać. A my warowaliśmy dzień i noc. Wyszła z tego. Moja żoneczka wróciła do domu - wspomina pan Zbigniew.

Wówczas jej stan znacząco się pogorszył. Nie potrafiła już pokonać schodów, prowadzących do mieszkania na trzecim piętrze bloku, więc musiała zamieszkać u córki. Na szóstym piętrze, ale z windą.

- Mama funkcjonowała z moją pomocą. Przed wyjściem do pracy robiłam jej śniadanie i herbatę, szykowałam leki. Wszystko zostawiałam na krzesełku przy łóżku. Mama jadła sama, powolutku szła do toalety. Mieszkanie jest małe, więc łazienka była blisko - tłumaczy córka.

Szpital nie przyjął pacjentki

Na początku lutego 2021 r. rodzina kilka razy wzywała pogotowie do chorującej kobiety. Za pierwszym razem otrzymała silne leki przeciwbólowe, w tym morfinę. Za drugim razem nie zabrano jej do szpitala, ponieważ odmawiała hospitalizacji, bezpieczniej czuła się w domu.

6 lutego nie było jednak innego wyjścia. Konieczna był natychmiastowa pomoc. Ratownicy, zgodnie z procedurą, przeprowadzili test na COVID-19. Wynik okazał się pozytywny.

- Zabrali moją żoneczkę. Pod blokiem obserwowałem karetkę, ale długo nie odjeżdżali i już wiedziałem, że coś jest nie tak. Otworzyłem drzwi, chciałem zapytać dlaczego tak długo, ale ratownik nie dopuścił mnie do głosu. Powiedział: „Proszę zamknąć drzwi, tu nie wolno wchodzić" - mówi pan Zbigniew.

Rzeczywiście, okazało się, że jest problem, aby znaleźć miejsce w szpitalu. Jak wynika z notatki sporządzonej przez zespół Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach, po konsultacji z lekarzem zdecydowano o przewiezieniu pacjentki do Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Bytomiu, ale tam pojawił się kolejny problem - lekarz odmówił przyjęcia.

Ratownicy wezwali policję. Funkcjonariusze przyjechali i sporządzili odpowiednią dokumentację, ale miejsce dla pani Renaty się nie znalazło. Co więcej, "w trakcie całego zajścia zostały usunięte z systemu miejsca intensywnej terapii w tym szpitalu, które wcześniej były dostępne" - czytamy w notatce WPR.

Z Bytomia karetka zabrała 57-letnią kobietę do Wielospecjalistycznego Szpitala Powiatowego w Tarnowskich Górach. Tam również nie przyjęto jej na oddział covidowy. Lekarka stwierdziła ponadto, że pacjentka nie wymaga podłączenia do respiratora, więc może jednak trafić na zwykły oddział. Wolne łóżko znalazło się dopiero w szpitalu prowadzonym przez zakon ojców kamilianów.

„To ogromny ból, kiedy nie można pomóc”

- Kilka godzin w drodze, od szpitala do szpitala, z człowiekiem, który potrzebował pilnej pomocy. Czy tak to powinno wyglądać? - pyta zrozpaczona córka.

- Pół dnia szukałem swojej żoneczki. Wydzwaniałem do dyspozytora, pytałem, ale nikt nic nie wiedział. Dopiero po godz. 20.00 dowiedziałem się, że jest u ojców kamilianów - opowiada pan Zbigniew.

Przez kolejne dwa dni kobieta kontaktowała się z rodziną tylko przez SMS-y. Pisała jak się czuje, prosiła o wezwanie pielęgniarek, ponieważ miała problem, aby znaleźć przycisk do wezwania pomocy.

- Była wykończona. Napisałem do niej w poniedziałek: „Kochana, śpisz?” - pan Zbigniew pokazuje SMS-a. - Już nie odpisała. Zmarła około godz. 20.00 - wzdycha.

Rodzina jest pogrążona w żałobie. Mąż zastanawia się, co by było, gdyby pani Renata została wtedy w domu.

- To ogromny ból, kiedy nie można pomóc bliskiej osobie, a ona cierpi - mówi Monika.

- Gdyby została w domu, mielibyśmy pewność, że zrobione zostało wszystko, co w naszej mocy… Nie mogę powiedzieć, że lekarze zrobili wszystko, aby jej pomóc - uważa mąż.

- Życia mamusi nic nie przywróci. Chcemy tylko, żeby ktoś przeczytał o tej historii, żeby coś się zmieniło i kolejne osoby nie przeżywały tego samego, co my - mówi córka.

Dlaczego odmówiono przyjęcia?

Dyrekcja bytomskiego szpitala, w korespondencji z DZ, tłumaczy, że pacjentka trafiła do placówki w stanie krytycznym, który wymagał pilnego leczenia na oddziale intensywnej terapii. W tamtej chwili system miał wskazywać 20 takich miejsc na terenie całego województwa śląskiego.

- Oddział obserwacyjno-zakaźny ma w swojej strukturze dwa łóżka respiratorowe, ale nie jest oddziałem intensywnej terapii, nie posiada stałej obsady anestezjologicznej. Podjęcie leczenia pacjentki w takim stanie naraziłoby ją na utratę życia - czytamy.

Z kolei lekarze w Tarnowskich Górach nie przyjęli pacjentki z dwóch powodów. Po pierwsze, ocenili, że jednak nie wymaga ona podłączenia do respiratora, ponieważ oddychała samodzielnie i miała dobrą saturację. Po drugie, nie miała przeprowadzonego testu PCR, który z największym prawdopodobieństwem stwierdziłby, czy aby na pewno jest zakażona koronawirusem.

- Aby ułatwić sprawę przekazania pacjentki, koordynator oddziału zadzwonił do najbliższego oddziału covidowego w Szpitalu św. Kamila i zarezerwował dla niej miejsce - dodaje w odpowiedzi na nasze pytania dr n. med. Leszek Jagodziński, prezes zarządu WSP.

Prokuratura wszczęła śledztwo

Komenda Miejska Policji w Bytomiu potwierdza, że funkcjonariusze prowadzili czynności związane z nieprzyjęciem Renaty Sroki do szpitala. Zgromadzony materiał przekazano Prokuraturze Rejonowej w Bytomiu oraz Tarnowskich Górach. Śledczy przesłuchali świadków, a także zabezpieczyli rozmowy rodziny z dyspozytorem pogotowia.

W połowie marca wszczęto śledztwo w sprawie bezpośredniego narażenia Renaty Sroki na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Patriota

Czemu się dziwicie? To jest wciąż ta sama "służba zdrowia", która ma nas głęboko w d...pie. No chyba, że kogoś stać zapłacić, to nawet kwiaty się znajdą dla pacjentki.... Dzisiaj w przychodni kazano mi jechać do szpitala, bo "pani doktór" ma ograniczoną pulę pacjentów, nawet na krótką telewizytę. Ale za odpowiednią odpłatnością sama przyleci i w zębach receptę przyniesie, nie miałem nie mam szacunku dla konowałów!

Dodaj ogłoszenie