Ciosy bez żadnej licencji

Łukasz Klimaniec
Podczas zawodów, takich jak w Jaworzu, można nawiązać kontakt z legalnymi sekcjami
Podczas zawodów, takich jak w Jaworzu, można nawiązać kontakt z legalnymi sekcjami Łukasz Klimaniec
Niewykwalifikowane osoby zakładają dzikie sekcje sportów walki i uczą nastolatków, jak się bić. Licencjonowani trenerzy alarmują. - Ci ludzie nie mają uprawnień, robią złą i niebezpieczną robotę. Uczą walczyć na zasadzie "wygrywa ten, kto przetrwa". A jak coś się stanie, oberwie się nam wszystkim - mówią.

Sprawa wyszła na jaw, gdy trzech nastolatków wróciło mocno poobijanych z pierwszego treningu w nieformalnej sekcji muay thai, czyli tajskiego boksu.

- Na pierwszym treningu "instruktor" podchodził do nich i kopał po udach. A przecież tacy chłopcy nie są nawet przygotowani, jak odbierać ciosy - mówi Piotr Turchan, trener kickboxerów z Beskid Dragon Bielsko-Biała.

Według licencjonowanych trenerów na terenie Bielska-Białej działa około dziesięciu dzikich sekcji uczących sztuk walki. Zajęcia prowadzą osoby, które nie posiadają do tego uprawnień, zdarza się, że nie mają nawet odpowiedniego wykształcenia. Wynajmują sale gimnastyczne lub piwnice. Zaniżają ceny zachęcając w ten sposób młodych.

- Kluby utrzymują się dzięki dotacjom, sponsorom i składkom. Dzikie sekcje to swego rodzaju dumping. Taki gość przecież nie ubezpiecza swoich zawodników, nie płaci podatku, pieniądze bierze do kieszeni, nie przejmuje się resztą, bo ma to gdzieś - mówi Adam Łącz z bielskiego klubu Oyama Karate.

Nieformalne sekcje sztuk walki nie zapewniają uczestnikom nie tylko ubezpieczenia, ale też ochraniaczy stosowanych podczas treningu i walk. Sprzęt po prostu jest dla nich za drogi. Bielscy instruktorzy i trenerzy obawiają się, że zajęcia prowadzone w ten sposób mogą być niedźwiedzią przysługą dla działających legalnie.

- Sporty walki w Bielsku-Białej dobrze się rozwijają. Jeśli jednak dojdzie do wypadku, nikt nie będzie mówił, że to wina człowieka, który nie miał uprawnień. To będzie rzutowało na nas wszystkich. Później żaden rodzic nie pośle dziecka na judo czy karate - uważa Paweł Połtorzecki, trener Klubu Sportów Azjatyckich Atemi.

Sprawa była podnoszona podczas rady sportu w Ratuszu. Pojawił się nawet pomysł stworzenia komisji, która mogłaby prowadzić kontrole nieformalnych sekcji. Kłopot w tym, że nie wiadomo, kto miałby taką komisję powołać.

- Gmina pełni nadzór nad stowarzyszeniami, które są zrzeszone. Nie ma jednak przepisu, który pozwalałby nam sprawdzać grupy nieformalne. Na jakiej podstawie i kto miałby wejść na salę i pytać prowadzącego o okazanie uprawnień? - przyznaje Ryszard Radwan, naczelnik Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki Ratusza.

Trenerzy uważają, że powinna to robić straż miejska. Ale jej komendant Andrzej Grzegorzek, który jest zarazem prezesem Gwardii Bielsko-Biała (klub prowadzi sekcje judo i ju-jitsu) wyjaśnia, że strażnicy też nie mają takich uprawnień.

Rodzice posyłając dziecko na zajęcia sportów walki mogą sprawdzić, czy prowadzący je instruktor ma odpowiednie dokumenty np. legitymację instruktorską, książeczkę trenerską lub legitymację członkowską danej organizacji sportowej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie