Czy w czasie pandemii można skorzystać z kuligu w Beskidach? Poznaliśmy odpowiedź i problemy przewoźników

Jacek Drost
Jacek Drost
Na razie o takich kuligach, jak w poprzednich latach możemy zapomnieć. Teraz obowiązuje reżim sanitarny, sanie mogą być wypełnione w połowie ARC
Z powodu obostrzeń sanitarnych związanych z epidemią koronawirusa niewiele jest atrakcji, z których można korzystać. Jednak jedną z nielicznych przyjemności, jaką można zafundować sobie i rodzinie podczas mijających ferii, jest uczestnictwo w kuligu, na przykład w pięknych, zaśnieżonych Beskidach. Niestety, mimo że mogą one być organizowane, to załapanie się na kulig i tak nie jest takie proste...

Kuligi w reżimie sanitarnym

- Kuligi mogą być organizowane, bo zostały zaliczone jako tak zwany transport gdzie indziej niesklasyfikowany. Organizujemy więc kuligi, oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego, głównie dla rodzin, bo firmy ich nie zamawiają. Obłożenie na saniach jest 50 procent, czyli wozimy po sześć osób, a czasem, jak jest małe dziecko, to siedem - mówi właścicielka firmy z Istebnej, która od 2008 roku zimą umila czas turystom organizując przejażdżki saniami zaprzężonymi w konie.

Podkreśla, że tak złego roku nie było nigdy. Kiedyś potrafiła w weekend przewieźć od tysiąca do 1,5 tys. ludzi. Teraz zamówień jest jak na lekarstwo. Dodaje, że jej firma zajmuje się głównie zrywką drewna. W ostatnich latach pracowali przy wycince drzew u sąsiadów zza miedzy, w Czechach. Kiedy zaczęła się pandemia, zaczęły się również gigantyczne problemy.

Zobacz koniecznie

- Wiosną granica została zamknięta. Kiedy ponownie ją otwarto, mimo że pracę mamy 20 kilometrów od domu, to musieliśmy zrobić badania za 500 złotych dla pracowników i jeździć z końmi na przejście do Cieszyna. Dojazd w jedną stronę zajmował dwie godziny. Mało tego - staliśmy na przejściu w kolejce, bo nikogo nie interesowało, że jedziemy z końmi. Dokończyliśmy jedno zlecenie, a później Czesi przestali organizować przetargi, więc i praca się skończyła - opowiada kobieta. Dodaje, że liczyli, iż zimą coś zarobią organizując właśnie kuligi, ale i tutaj nie jest lekko.

Niejasne przepisy nie ułatwiają działaln

ości

Co z tego, że kuligi można organizować, skoro z powodu obostrzeń sanitarnych hotele, pensjonaty, wyciągi narciarskie i lokale gastronomiczne są pozamykane, firmy nie organizują żadnych konferencji czy wyjazdów integracyjnych dla pracowników, więc chętnych do przejażdżek saniami nie na zbyt wielu. Na dodatek same przepisy dotyczące organizowania kuligów są niejednoznaczne.

- Dzwoniliśmy do sanepidu. Wszystko jest tak zagmatwane, że szkoda gadać - opowiada inny organizator kuligów z Trójwsi Beskidzkiej. Dodaje, że teoretycznie kulig można zorganizować, ale na saniach zamiast 12 osób może siedzieć sześć, a to już staje się mało opłacalne, zwłaszcza dla wynajmujących sanie.

W poprzednich latach podczas weekendu nasz rozmówca organizował około 200 kuligów. W tym roku od czerwca zrobił tylko kilka, bo obostrzenia, bo mniej chętnych, bo niejasne przepisy. Wcześniej przejażdżka trwała około półtorej godziny. W połowie drogi, na polanie, rozpalane było ognisko, żeby ludzie mogli się rozgrzać, upiec kiełbaski, skosztować mioduńki.

- Teraz w sanepidzie dowiedzieliśmy się, że ognisko podczas kuligu można rozpalić, ale jest problem z kiełbaskami, z miejscem gdzie można, a nie można ich jeść, jak je upiec. Nic nie jest doprecyzowane, więc organizujemy tylko przejazdy - opowiada woźnica z Istebnej, który kuligami zajmuje się od 15 lat, a wcześniej organizował je jego ojciec.

Według niego, że efekcie niejasnych przepisów na 50 koni w okolicy praktycznie wszystkie stoją, bo furmani boją się, że popełnią jakiś błąd i będą mieli problemy z policją czy sanepidem. Ktoś tam coś próbuje działać, ale jeden na drugiego się ogląda. - Czujemy się jak złodzieje. Sąsiad sąsiada się boi, że jeden wyjedzie, a drugi go podkabluje. Kiedyś furman za furmanem stał. A teraz... - wzdycha mężczyzna.

Nie przeocz

Koń to nie samochód, to członek rodziny

I dodaje, że w takiej sytuacji to ciężko zarobić nawet na utrzymanie koni. A koń to nie samochód. Nie da się zgasić silnika i powiedzieć: "Niech stoi". O konie trzeba cały czas dbać.

- Dla nas, tu w Beskidach, konie są jak członkowie rodziny. Mam jednego konia od 15 lat. Jednak konie kosztują - mówi mężczyzna. I wylicza w takie sytuacji nie da się zarobić na owies, na siano (jakieś 5 tys. zł na rok), lekarstwa, wizytę weterynarza (sam dojazd dobrego weterynarza to koszt około 500 zł).

- Też pracowałem przy zrywce drewna w Czechach, ale w tym roku z robotą w lesie było ciężko. Czesi nie ogłosili przetargów, od czerwca jestem w domu, więc wracam na ciężarówkę, bo trzeba z czegoś żyć - mówi mężczyzna.

Kobieta z Istebnej organizująca kuligi mówi, że w Czechach ogłoszono stan wyjątkowy, zawieszono działalność, ale ludziom wypłacono pieniądze. - A u nas? Nie załapaliśmy się na tarczę antykryzysową, bo nasza podstawowa działalność to usługi leśne, a nie kuligi. Nie zmieniliśmy tego przed 30 września, więc wsparcie się nie należy. Póki co to staramy się choć zarobić na ZUS - mówi mieszkanka Istebnej.

- Wielu furmanów nie wierzy, że to się szybko skończy, myślą o sprzedaży koni - kwituje mężczyzna zajmujący się organizacją kuligów z Trójwsi Beskidzkiej.

Musisz to wiedzieć

Bądź na bieżąco i obserwuj

500+. Będzie zmiana okresu rozliczeniowego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie