Mamy wyniki literackiego konkursu "Wyjdź z ukrycia"

DM
Tygodnie oczekiwania, godziny czytania i w końcu są wyniki!

Do trzeciej już edycji konkursu literackiego "Wyjdź z ukrycia" organizowanego przez Zagłębiowską Mediatekę MBP w Sosnowcu nadesłano kilkanaście wierszy i opowiadań. Poziom tegorocznych prac był bardzo zróżnicowany, podobnie jak tematyka.

Jury miało twardy orzech do zgryzienia. Ostatecznie przyznano pierwsze miejsca w kategorii poezja i proza oraz jedno wyróżnienie. Najlepszy wiersz pt. "powłóczący ogonem pociąg" przysłała Marzena Hajdecka, najlepsze opowiadanie pt. "Skrobot" - Piotr Karendał. W kategorii prozy wyróżnienie otrzymał Dorian Kočmaroš za opowiadanie "Wojna". Gratulujemy zwycięzcom i namawiamy wszystkich do próbowania i pisania. Kolejna edycja konkursu "Wyjdź z ukrycia" już za rok!

Poniżej publikujemy teksty zwycięzców!

Marzena Hajdecka - "Powłóczący ogonem pociąg"

powłóczący ogonem pociąg
zostawia za sobą
smugę gwiezdnego pyłu
pośród nocnych torowisk

światło załzawionych od pędu oczu
wrzyna się cicho
w czarne tło

miarowy stukot
kopyt mojego pociągu
pcha mnie w objęcia snu
unosi na grzbiecie
zmartwione wspomnienia

Dorian Kočmaroš - "Wojna"

W swojej sześćdziesięcioletniej karierze marynarza Mortimer Cook widział już wiele, a właśnie na widzeniu polegał jego fach. Stary Mort, jak nazywała go większość załogi, był zdania, że najważniejsze w życiu na morzu to umieć patrzeć. „Ocean jest jak organizm” – mawiał często do młodych. – „Każdy narząd połączony jest ze wszystkimi innymi. Każdy ma znaczenie i jeżeli z jednym coś się dzieje, to możesz być pewny, że wkrótce ciało strawi choroba”.
Tego dnia niebo było czyste, tafla wody spokojna, a silniki statku utrzymywały stałą prędkość, dzięki czemu pochłaniali kolejne mile. Siedząc w sterówce kapitan Cook odsłuchiwał poranne raporty. Wszystko chodziło jak w zegarku, jednak nie mógł pozbyć się dziwnego przeczucia, że coś mu umyka. Po namyśle wezwał do siebie pierwszego oficera i oddał mu stery, po czym wyszedł na pokład. Prawie natychmiast po opuszczeniu pomieszczenia w ustach kapitana znalazła się fajka. Tytoń był jednym z dwóch nałogów, na jakie pozwalał sobie kapitan. Podejrzewał, że dym nie jest dla niego najlepszy, gdyż dokuczał mu nawracający suchy kaszel. Palenie jednak uspokajało go i dawało pewną klarowność umysłu. Widział już, co z ludźmi potrafią robić inne używki i z dwojga złego wolał już kaszleć.
Powoli przechadzał się w stronę dziobu. Załoga krzątała się po pokładzie wykonując swoje zadania. Jak zwykle nie zauważył nikogo z pasażerów. Wprawdzie nie było ich tak wielu, jednak od początku wyprawy, a były to już prawie trzy tygodnie, żaden z nich nie pojawił się na pokładzie za dnia. Był świadomy tego, że nieliczni wymykają się nocą, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Szybko jednak wracali do swoich kajut tak, jakby chcieli się przed czymś ukryć. Kapitan otrzymał zapłatę, więc nie miał powodu żeby pytać. „Każdy ma prawo do własnych tajemnic” – myślał.
Stary Mort obserwował wodę i im dłużej patrzył, tym bardziej coś mu przeszkadzało. Całkowicie brakowało mew łasych na wyrzucane za burtę resztki z kuchni, a które towarzyszyły im niemalże od początku wyprawy. Również ciekawskie do tej pory stada delfinów zniknęły.
Kapitan doszedł do dziobu statku i ze zdziwieniem odkrył, że się pomylił. Jeden z pasażerów stał oparty o barierki i odwrócony w stronę horyzontu. Cook nie widział jego twarzy, jednak był pod sporym wrażeniem. Mężczyzna musiał mieć około dwóch metrów wzrostu, a szerokie barki i szara peleryna sprawiały, że przypominał raczej kamienną rzeźbę niż osobę. Gdyby nie głowa pokryta długimi blond włosami, rzeczywiście można by wziąć go za posąg.
-A już myślałem, że nigdy nie zobaczę nikogo z was na pokładzie. – rzucił kapitan.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Stał dalej wpatrzony w horyzont i wyglądało to tak jakby nie usłyszał wypowiedzianych do niego słów. Obaj trwali przez chwilę w milczeniu. Wreszcie Stary Mort pyknął fajkę, odwrócił się i już miał odejść, kiedy usłyszał: - Idzie burza.
Kapitan nic nie odpowiedział i jedynie obserwował mężczyznę, który odwrócił się.
-Idzie burza. Burza tak wielka, że fale złamią twój statek tak jak rozłupuje się orzech, a wszyscy na pokładzie skończą na dnie oceanu, łącznie z tobą – powiedział obcy. Miał twardy północny akcent. Wypowiadał się powoli, co paradoksalnie wzmogło tylko wydźwięk jego słów. Bladoniebieskie oczy wpatrywały się w kapitana, a wyraz twarzy mówił wyraźnie, że nie żartuje. – Masz jeszcze trochę czasu, ale musisz działać teraz – dodał. Stary Mort nie zastanawiał się wcale. Jakaś cząstka jego umysłu nakazała mu posłuchać obcego. Pobiegł ile sił w stronę sterówki. Zdyszany wpadł do środka i przepychając ludzi podbiegł do biurka, rozwinął mapę i zaczął szukać. Co jakiś czas zerkał na przyrządy pokładowe. W końcu znalazł odpowiednie miejsce.
-Lewo na burt, pełna moc silników! – ryknął z całych sił. – Cała załoga do roboty! Wszyscy palacze do kotłowni, dorzucać węgiel do odwołania! Reszta zabezpieczyć ładunek! Teraz!
Załoganci byli w lekkim szoku, jednak znali dobrze Starego Morta i wiedzieli, że musiało zdarzyć się coś poważnego. Nikt nie zadawał zbędnych pytań.
Płynęli całą naprzód i z początku wydawało się, że nic się nie dzieje. Jednak już po kilku minutach na horyzoncie za nimi zaczęły zbierać się czarne chmury. Sztorm był tuż za nimi. Kapitan wypatrywał celu. W końcu zobaczył to, co znalazł na mapach. Zbliżali się do archipelagu małych kamiennych wysepek, z czego największa z nich posiadała częściowo osłoniętą zatoczkę. Ledwo zdążyli wpłynąć do niej i rzucić kotwicę, kiedy sztorm uderzył z całą mocą. Na razie byli bezpieczni.
Kapitan zszedł pod pokład, a załodze pozwolił się rozejść jednak nakazał im pełną gotowość awaryjną. Nie pozostawało im nic innego jak czekać. Przechadzając się głównym korytarzem zaglądał do kajut. Patrząc na twarze pasażerów widział jedynie przeogromny strach. Na starym kontynencie szalała wojna i być może huk fal i gromów przypominał im koszmary, jakich byli świadkami. Uchodźcy ci, jak zapewne wszyscy im podobni w historii świata, uciekali do lepszego świata w nadziei, że uda im się zapomnieć to, co widzieli i zacząć wszystko od nowa. Niestety mieli się wkrótce przekonać, że wspomnienia tak nie działają, a jednym z bagaży, które podarowała im bezsensowna przemoc wojny, był lęk, który mieli nosić w sercu do końca swoich dni. Kiedy tak szedł, oglądając twarze ludzi i słuchając szlochów tłumionych gniewem oceanu, stary kapitan współczuł im niezmiernie, jednak odczuwał też swoistą ulgę. Tę, którą czujemy, kiedy coś bardzo złego przytrafia się komuś obcemu, a nie nam. Tę, której się wstydzimy, zwłaszcza przed sobą samym.
W pomieszczeniu jadalni nie zastał wielu osób. Przy jednym ze stołów siedziało kilkoro załogantów. Kapitan od razu dostrzegł stojącą między nimi butelkę. Sam nigdy nie pił, jednak nie zakazywał tego innym. Życie marynarza nie jest łatwe, a odbieranie komuś tej odrobiny przyjemności, jaką chciał sobie zafundować, nie przysporzyłoby mu sympatii. Załoga znała zdanie Starego Morta na temat alkoholu, dlatego wszyscy zgodnie starali się nie podpadać mu po wypiciu i nie upijać się w sztok. Tym sposobem wszyscy byli zadowoleni.
Kapitan zauważył w rogu pomieszczenia znajomą twarz. Mężczyzna w szarej pelerynie siedział z głową opartą o ścianę i zamkniętymi oczami. Wydawać by się mogło, że sztorm nie robi na nim żadnego wrażenia. Kapitan przysiadł się do niego. Człowiek powoli otworzył oczy i obaj wpatrywali się w siebie bez słowa. Po dłuższych oględzinach Cook stwierdził, że nie potrafi dokładnie określić jego wieku. Skóra wydawała się młoda, a włosy były gładkie i błyszczące jak u dziecka, jednak kilkudniowy zarost i
zmarszczki wokół oczu nadawały mu powagi. Spojrzenie obcego sprawiało natomiast, że kapitan czuł się nieswojo, jak gdyby nie patrzył na niego, tylko w niego. Jakby widział jego duszę.
-Nie mieliśmy jeszcze przyjemności. Nazywam się Mortimer Cook i jak zapewne wiesz jestem kapitanem tego statku – zaczął. – Jeżeli nie masz nic przeciwko chciałbym zadać ci kilka pytań.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę milczał. Dalej patrzył tylko tym swoim dziwnym wzrokiem.
-Jestem Hundur Gudson i tak, mam coś przeciw. Dlaczego miałbym ci cokolwiek mówić? Czy nie zapłaciłem ci wystarczająco, aby być pasażerem na tym statku?
-Naturalnie, że zapłaciłeś. W innym wypadku nie wpuściłbym cię tu. Jestem po prostu ciekaw kilku rzeczy. Oczywiście, jeżeli nie chcesz, nie mogę cię do niczego zmusić, jednak radzę to przemyśleć. Możesz na tym zyskać – powiedział kapitan z szelmowskim uśmiechem. - Widzisz Hundur, w moim życiu mam dwa wielkie nałogi. Pierwszym z nich jest tytoń. Myślę, że wypaliłem w życiu więcej niż ktokolwiek inny – powiedział i rzucił na stół talię kart. – Drugim nałogiem są karty. Uwielbiam grać. W życiu zgrałem tysiące talii. Każda gra, każde warunki. Tu właśnie mam dla ciebie ofertę. Zagraj ze mną. Jeśli ty wygrasz to oddam ci twoje pieniądze. Jeśli ja wygram, ty odpowiesz na moje pytania, zgoda? – zapytał i wyciągnął do mężczyzny rękę. Człowiek w pelerynie zastanawiał się. W końcu uśmiechnął się lekko i uścisnął dłoń.
-Zgoda. Mam jednak dwa warunki. Po pierwsze, to ja wybieram grę. Po drugie, nie chcę pieniędzy. Ja też chcę się kilku rzeczy dowiedzieć, więc będziemy grać o pytania.
Mort zaczął powoli tasować karty i zapytał tylko: - W co gramy?
Na twarzy mężczyzny pojawił się dość paskudny uśmiech. – W wojnę – rzucił.
Obaj gracze uzgodnili alternatywne zasady. Każdy z nich dostawał po połowie talii, a karty wygrane w poszczególnych bataliach były odkładane na bok. Kiedy obaj użyli ostatniej karty wygrane miały być podliczone i zwyciężał ten, który miał ich więcej. To nadawało rozgrywce tempa.
Pierwszym zwycięzcą był Hundur. - Moje pytanie brzmi: kim jesteś?
-Nazywam się Mortimer Cook. Od ponad sześćdziesięciu lat jestem marynarzem, z czego większość kapitanem. W wieku trzynastu lat uciekłem z domu i zaciągnąłem się na statek. Od tego czasu pływałem pod różnymi banderami, aż w końcu udało mi się odłożyć wystarczającą kwotę na własny statek. Wystarczy? – zapytał, a mężczyzna odparł mu skinieniem głowy.
Drugą partię również wygrał Hundur. - Czego się boisz? To moje następne pytanie.
Kapitan zawahał się. Miał jednak swój honor i odpowiedział: - Boję się, że stanę się taki jak mój ojciec. Moje jedyne wspomnienia z nim związane to ciągłe pijackie awantury. Dlatego odeszła od niego moja matka. Nie winię jej za to. Kilka lat po niej uciekłem i ja. Nigdy w życiu nie sięgnąłem po alkohol, bo boję się tego, co mógłbym… - urwał i zaczął tasować karty. Mężczyzna nie nalegał. Usłyszał wystarczająco dużo.
Trzecia partia należała do kapitana. - Chciałbym wiedzieć, skąd wiedziałeś, że nadejdzie sztorm?
Nawet ja po tylu latach na morzu miałem jedynie przeczucie i gdyby nie ty, to zginęlibyśmy wszyscy.
-Mój ojciec był kimś podobnym do ciebie kapitanie. Należał do morza, a ono było częścią niego. Nauczył mnie rozmawiać z wodą. Każda fala szepcze do mnie i ostrzega w razie potrzeby. Tyle mogę powiedzieć.
Ledwo skończył mówić, kapitan ponownie rozdawał karty. Ta partia ponownie była jego.
-Nie wyglądasz jak reszta uchodźców, których przewożę. Właściwie to nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty. Skąd jesteś?
-Oni pochodzą z krain, które ogarnęła wojna i przed nią uciekają. Ja chciałem zakończyć wojnę w moim kraju i uciekam przed gniewem kogoś bardzo potężnego – zakończył, po czym dodał: - Następna partia będzie naszą ostatnią, rozdawaj.
Kapitan w słowach obcego wyczuł nutę nieznoszącą sprzeciwu. Rozdał. Gracze na przemian rzucali swoje karty, a po kilku chwilach było po wszystkim. Przeliczyli. Był remis. Hundur spojrzał na starego kapitana.
-Nikt nie wygrał. Nie będzie więcej pytań. Należy ci się jednak nagroda, gdyż przyjemnie spędziłem czas i nie próbowałeś oszukiwać, a tego nienawidzę. Opowiem ci zatem pewną historię. Dawno temu na świecie, żyły dwa plemiona bogów, jedni na ziemi, drudzy w niebie. Egzystowali w harmonii, jednak pewnego dnia bogowie ziemi znaleźli cudowny metal, z którego wykuli miecz. Broń ta była tak potężna, że jednym cięciem potrafiła rozpłatać chmury. Bogowie nieba poczuli strach i pod osłoną nocy wykradli go. Kiedy bogowie ziemi zorientowali się, co się wydarzyło, rozpętała się wielka bitwa. Jedna potyczka prowadziła do następnej, a obie strony ponosiły ciężkie straty. Wojna trwała eony. Miecz natomiast przechodził z rąk jednych do drugich. W końcu jeden z bogów ziemskich, bóg fal morskich, doszedł do wniosku, że jedynym sposobem, aby zakończyć spór jest zrzucenie miecza z krawędzi świata. Wysłał więc swojego jedynego syna, aby ten wykradł ostrze i zakończył wreszcie tę bezsensowną wojnę. Udało mu się, jednak bogowie nieba wkrótce odkryli, kto stał za kradzieżą i wysłali za nim swoje bestie. Kiedy skończył mówić, statkiem potężnie wstrząsnęło, tak jakby w coś uderzył. Hundur zerwał się szybko i zaczął biec w stronę schodów prowadzących na pokład. Stary kapitan pobiegł za nim, jednak został w tyle. Kiedy w końcu wybiegł na zewnątrz zobaczył obcego w strugach deszczu, stojącego przy burcie. Tuż przed nim była jedynie ciemność. W nagłym blasku piorunów kapitan mógł dostrzec coś jakby wielkiego węża wyłaniającego się z wody. Hundur zrzucił pelerynę i wyciągnął coś zza pasa. Kapitan widział wyraźnie miecz, który jaśniał dziwnym niebieskim światłem. Z okrzykiem bojowym mężczyzna rzucił się na bestię prosto w otchłań. Kapitan nie zdążył nawet zareagować. Stał tak trzymając się drzwi, aby fale nie zmyły go z pokładu. Po chwili sztorm zaczął cichnąć i wnet nie było po nim śladu. Starszy mężczyzna podszedł do burty i wyjrzał za nią. Nie dostrzegł nic poza ciemnością.
Następnego dnia niebo było niezwykle czyste i po dokonaniu kilku mniejszych napraw mogli wyruszyć w dalszą drogę. Kapitan Mortimer Cook do końca życia nie zapomniał wydarzeń tamtego wieczoru, a peleryna, którą pozwolił sobie zatrzymać ogrzewała go jeszcze przez wiele lat. Kiedy ją nosił i spoglądał na horyzont miał wrażenie, że szepczą do niego fale.

Piotr Karendał - "Skrobot"

Praca posuwała się powoli. Przepisywanie cudzych słów nie należało ani do najprzyjemniejszych, ani też do najbardziej pasjonujących zadań. Kilkanaście sekund odsłuchiwania, potem próba odwzorowania tego, co mówiący miał na myśli, przewijanie nagrania do tyłu, by upewnić się, czy głos zagłuszony przez przejeżdżający samochód opowiadał o „artykulacji”, „prywatyzacji” czy też „specjalizacji”, co wcale nie musi być takie oczywiste, nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu problematycznego fragmentu. Później wystarczy tylko sprawdzić, czy doktor „Czabaujew” to Chabałujev, Tschabaujev czy może Szabałujew i czy przypadkiem ma jakiś związek z dziedziną wiedzy, o której opowiada udzielający wywiadu.
Zazwyczaj nie zaprzątam sobie głowy imieniem, nazwiskiem, ani nawet tytułem mówiącego. To po prostu głos, bądź w najlepszym razie bezosobowe inicjały. Nie powiem, czasem bywa nawet zabawnie, gdy szanowany profesor przez chwilę zapomni, że jest nagrywany i powie coś, czego publicznie raczej mu nie wypada, jednak takie rzeczy zdarzają się rzadko.
Przez większość czasu jest to po prostu nudna, monotonna i czasem frustrująca praca. Zwłaszcza gdy plik dźwiękowy jest kiepskiej jakości, a tekst ma być oddany na jutro rano, tak, jak w tym przypadku.
Zniechęcony postanowiłem pozwolić sobie na przerwę. Za oknami zrobiła się już szarówka. Pierwsze latarnie jeszcze się nie zapaliły, więc nie widziałem wiele – jedynie majaczący w oddali, postrzępiony przez mgłę zarys miejskiego parku oraz sąsiedni blok, który od kilku dni wyglądał na zupełnie wymarły. Niezbyt pokrzepiający widok.
Choć może nawet lepiej, że było ciemno. O tej porze roku za dnia wcale nie było ciekawiej. Szara ulica, po której przemykają równie szarzy i mało interesujący przechodnie, bezlistne kikuty drzew, cały brud ulic odkryty przez topniejący śnieg oraz nieprzerwanie padająca lepka mżawka.
Wieczorami przynajmniej nie widać tej całej beznadziejności przedwiośnia.
Dźwięk przejeżdżającej na sygnale karetki wyrwał mnie z zamyślenia. Jeszcze przez chwilę wsłuchiwałem się w sygnał zbliżającej się syreny aż do momentu, gdy całkowicie znalazła się poza zasięgiem mojego słuchu. Spojrzałem na ścienny, plastikowy zegar, który kiedyś kupiłem na targu za kilka złotych. Było przed szóstą. Patrząc na ilość nagrania, które jeszcze mi zostało, wyglądało na to, że nie skończę tego do późnej nocy.
Nie szkodzi. I tak ostatnio nie najlepiej spałem.
Zniechęcony zabrałem się za pisanie. Szło mi wyjątkowo topornie. Słowa plątały się i gubiły, a sens zdania można było odgadnąć tylko dzięki intuicji. Miałem już serdecznie dość hemoglobiny, kardiochirurgii i zastawek, na szczęście zostało mi ostatnie pięć minut nagrania.
Końcowe fragmenty zawsze są dla mnie najtrudniejsze. Świadomość, że za chwilę moje męki się skończą i towarzysząca jej radość z tym związana utrudniały mi koncentrację.
Postanowiłem oderwać na chwilę zmęczone oczy od komputera i rozprostować trochę kości. W mieszkaniu panowała cisza. Wszędzie też, oprócz pokoju, w którym pracowałem, zapadły egipskie ciemności.
Słyszałem swój oddech. Spokojny, miarowy, ale też wskazujący na to, że byłem wykończony. Potarłem oczy, zaraz jednak gorzko tego pożałowałem, gdyż po tym zabiegu zaczęły wściekle piec.
Zły na siebie poszedłem do łazienki przemyć je wodą. Po kilku godzinach pisania warto było też umyć spocone dłonie.
Zimna woda podziałała kojąco. Nieco też mnie orzeźwiła. Zacząłem rozważać, czy nie wstać wcześniej i dokończyć transkrypcję jutro, lecz pomimo zmęczenia zmusiłem się, by znów zasiąść przed komputerem. Ostatnimi czasy pójście do łóżka kończyło się dla mnie dość nieprzyjemnie.
Zacząłem pisać. Gdy wreszcie głos naczelnego podziękował za udzielenie wywiadu, mieszanina ulgi i satysfakcji rozlała się po moim ciele. Kilkakrotnie zapisałem tekst w komputerze i wyłączyłem go. Oby na jak najdłużej.
Wiedziałem, że należę do przedstawicieli ginącego zawodu i wkrótce zostanę zastąpiony przez coraz doskonalsze programy komputerowe do zamieniania mowy na tekst. Trudno było jednak powiedzieć, abym w tym momencie specjalnie się tym przejmował, nawet jeżeli wiązać się to będzie z koniecznością poszukania nowego zajęcia. Chwilowo marzyłem wyłącznie o odpoczynku. Miękka poduszka i chłodna pościel – po krótkim wahaniu uznałem, że tego właśnie najbardziej było mi trzeba.
Ułożony wygodnie miałem zamiar jeszcze chwilę poczytać, ale już pierwsze zdanie uświadomiło mi, że nie ma to większego sensu. Odłożyłem książkę i zgasiłem światło.
Ciekawe czy dziś w nocy też mnie odwiedzi?
Odpływając coraz mocniej, starałem się nasłuchiwać, lecz wyjątkowo całe mieszkanie pozostawało ciche, nie było słychać najmniejszego szmeru. Zacząłem nawet mieć nadzieję. Może dziś da mi spokój? Może już znudził się jedną ofiarą i znajdzie sobie inne zajęcie? Może opierałem się tak długo, że dał za wygraną? A może jednak znów przyjdzie? Pogrążony w rozważaniach zapadłem w końcu w płytką, niespokojną drzemkę.
Zaczęło się jak zwykle delikatnie. Pojedynczy odgłos budzący mnie ze snu. Subtelne skrobanie o futrynę drzwi strzegących wejścia do mojego pokoju. Jak co noc próbowałem to zignorować i nie dawać znaku, że słyszę co się dzieje.
To jednak nie zniechęciło mojego gościa. Z minuty na minutę dziwne odgłosy nasilały się, wwiercały w świadomość tak, bym po kilku chwilach miał wrażenie, że poza tym hałasem nie istnieje już nic innego.
Kiedy naiwnie myślałem, że przyzwyczaiłem się do uporczywego dźwięku, on zwiększył natężenie i częstotliwość stukotów, doprowadzając mnie na skraj szaleństwa. Gdy wreszcie zaczęło wydawać mi się, że gorzej już być nie może, moje wątpliwości zostały brutalnie rozwiane. Z gardła przybysza wydobył się przeciągły i ostry jak brzytwa jazgot. Odniosłem wrażenie, że moje uszy krwawią.
Głos tymczasem przybrał tylko na sile. Nie były to konkretne słowa, ale rozumiałem, że mówił „Wpuść mnie, wpuść mnie, wpuść mnie!”. I tak bez końca.
Poczułem, jak na moim czole pojawiają się kropelki potu. On chyba też to wyczuł.
Choć wydawało się to niewykonalne, szelesty stawały się coraz głośniejsze. Dziwiłem się, że żaden z sąsiadów nie słyszał tego, co działo się w moim mieszkaniu. A może nie chcieli słyszeć?
Bo osobiście oddałbym chyba wszystko, by pozbyć się tych podszeptów, poświstywań, stęknięć i szumów oraz tego niewyartykułowanego głosu domagającego się wpuszczenia do środka.
W końcu to wszystko stało się już nie do zniesienia. Wstałem z łóżka i na trzęsących się nogach, podszedłem do drzwi. Przez ich przeszkloną część widziałem ciemność rozlewającą się po korytarzu wiodącym do przedpokoju. Wyglądało na to, że poza mną nie było nikogo. Ale był tam. Czułem go. I on także poczuł, że stoję tuż przy nim. Oddzielała nas tylko grubość dykty, z której zostały zrobione drzwi. Zebrałem się w sobie i kazałem mu iść do diabła, ale to go tylko rozsierdziło. Szmery stały się jeszcze bardziej uporczywe. Tym razem w niewielkiej przestrzeni mojego pokoju rozległo się pojedyncze, ostre drapnięcie bezpośrednio w drzwi. Stałem tak przez kilka sekund, które wydawały się być wiecznością, wahając się. Ale obaj już wiedzieliśmy, że przegrałem. To było silniejsze ode mnie. Było mi już wszystko jedno, byle tylko uwolnić się od tego hałasu. Moja roztrzęsiona ręka wylądowała na chłodnej stalowej klamce. Przez chwilę tam pozostała, jednak ponaglający dźwięk wydobywający się z jego gardła, kazał mi ją wreszcie nacisnąć. Choć bardzo tego nie chciałem, zrobiłem to.
Zamknąłem oczy i poczułem jak naciśnięta klamka powoli przesuwa się w dół. W końcu stało się. Drzwi uchyliły się leciutko, a wraz z nimi do pokoju wpadł mrok z korytarza. Poczułem, jak coś miękkiego i puszystego owinęło mi się wokół nogi, po czym szybko i bez ostrzeżenia naprężyło się i skoczyło na łóżko.
- Ty mały terrorysto – zrezygnowany pokiwałem głową.
Nie miałem innego wyjścia. Musiałem wpuścić tego cholernego kota do środka inaczej nie dałby mi spać przez kolejną noc. Trudno, wytrzymam z nim jeszcze kilka dni, a potem Baśka go odbierze.
Mówię wam, nigdy nie zgadzajcie się przechować na parę dni zwierzaka sąsiadki, nawet takiej, która wyjątkowo wam się podoba. Taki akt altruizmu zamieni wasze życie w koszmar.

Wideo