Ostatni śląski kataryniarz jest z Katowic

Justyna Przybytek
Justyna Przybytek
Dziś prawdziwych kataryniarzy już nie ma - twierdzi Andrzej Bogdanowicz i przygrywa skoczną melodię. On jest jedyny - tak mówi - na Śląsku. Ma 62 lata. Przed laty wpisywał się w krajobraz Katowic przygrywając na ulicy, dziś gdy pojawi się na mieście, ludzie pokazują go palcem, robią zdjęcia i pytają "o co chodzi?".

Najczęściej pana Andrzeja można było spotkać na ulicy Stawowej, choć na starych zdjęciach widać, że także w Nikiszowcu, a chętnie też podróżował do Wisły, Krakowa, albo za granicę. Ze Stawowej przepędziła go przebudowa dworca kolejowego. I nie tylko ona - w równym stopniu choroba.

Ostatnio kataryniarz pojawił się na ulicy Mariackiej we wrześniu podczas urodzin miasta.
- Było bardzo sympatycznie, ludzie mili. A ulica? Moim zdaniem jak wszystko jest w jednym miejscu, to źle. Temu miastu potrzeba rynku, bo miasto bez rynku jest jak bez duszy - mówi.

Przygoda z katarynką rozpoczęła się na początku lat 70. ubiegłego wieku. - Zakochałem się muzyce katarynkowej. Postanowiłem zdobyć taki instrument - wspomina. Zdezelowaną, około stuletnią katarynkę Bogdanowicz kupił w Warszawie. Naprawić pomógł mu ją Ferdynand Suchy spod Cieszyna. Od tego czasu ze swoim instrumentem, który waży 80 kilogramów, pan Andrzej już się nie rozstaje. A miłość do muzyki katarynkowej okazała się silniejsza niż... do żony.

- Żona nie mogła znieść moich ciągłych wyjazdów, a ja wybrałem katarynkę i tak rozstaliśmy się - opowiada.

Potężny instrument wygląda na swoje lata - duża, zdobiona, drewniana katarynka - pozornie wielkie pudło. Mechanizm napędzany jest ręcznie: po zakręceniu korbą. Kręcąc korbą kataryniarz pompuje powietrze do poszczególnych piszczałek - tych jak tłumaczy ma w swoim instrumencie 350 - i jednocześnie przesuwa papierową taśmę, na której, przy pomocy otworów, zapisana jest melodia. Kiedy powietrze trafia na otwór w taśmie - piszczałka wydaje dźwięk. Bogdanowicz ma około 300 taśm z melodiami.

- Od boogie po walczyki, tango, a nawet Marsz Weselny. Jeden utwór trwa od trzech do pięciu minut - wyjaśnia.

Gra - kręcenie korbą - jest wyczerpująca. - Wielu młodych po całym dniu takiej próby, na drugi dzień nosiło ręce na temblaku - śmieje się kataryniarz.

Graniem - na katarynce i w zespole Kataryniarze - pan Andrzej zarabiał na chleb. - Ale trzeba było też pracować, byłem w kilku zakładach. Na kataryniarzy ludzie dawniej różnie reagowali: pozytywnie, ale dopiero gdy pokazałem zezwolenia, bo przecież niero-bisiów nie lubiono - opowiada. Dziś nadal z odbiorem bywa różnie.

- W Katowicach jest dziwny klimat dla ulicznego grania i muzykantów, co innego w Krakowie, gdzie takie tradycje są od lat - ocenia.

Jeśli Wam się poszczęści i zobaczycie pana Andrzeja na żywo, to najpewniej z jego papugą - członkiem dwuosobowej trupy. Jeśli ich spotkacie, chętnie opowiedzą o swojej pasji - oboje, bo papuga to straszna gaduła.

CZYTAJ KONIECZNIE
VIA SILESIANA - POPRZYJ NASZA AKCJĘ NADANIA TEJ NAZWY DLA AUTOSTRADY A4
SPIS POWSZECHNY: 400 TYS. OSÓB WPISAŁO NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ [WYNIKI NIEOFICJALNE]
*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

h
hahahaha
Taki katowicki/slaski i taki nasz - jak jego nazwisko i napis.
Dodaj ogłoszenie