Rozmawiamy z autorem "vege kryminału" Mikołajem Marcelą. Dzięki warzywom zmienił styl życia i napisał o nich książkę!

Piotr Ciastek
Piotr Ciastek
Fot. Michał Łepecki
Udostępnij:
Wkrótce na półki księgarń trafi najnowsza książka Mikołaja Marceli z Katowic opowiadająca o miasteczku, które zamieszkują tylko warzywa. Do kogo skierowana jest ta pozycja i jakie ma przesłanie, dowiecie się z naszej rozmowy z autorem powieści "Best Seler i zagadka znikających warzyw".

Piotr Ciastek: Skąd w ogóle pomysł na "vege kryminał"? Czy to wykorzystanie jakiejś niszy gatunkowej, czy potrzeba serca?

Mikołaj Marcela: Zdecydowanie potrzeba serca! Po skończeniu pracy nad poprzednią powieścią, zastanawiałem się co dalej. Moja dziewczyna wyraziła wtedy przekonanie, że cokolwiek nie napiszę, na pewno będzie to bestseller. I jak tu jej nie kochać? Ale ponieważ po moim tacie odziedziczyłem dar do gier i żartów językowych, zapytałem od razu, czy nie lepiej byłoby napisać „Best Selera”. To z kolei przypomniało mi wymyśloną przeze mnie postać Alojzego Kalarepki, no i się zaczęło. W kilkanaście minut wspólnie wymyśliliśmy kilkanaście postaci, w tym najważniejszych dla całej opowieści Augustę Kapustę, Hilarego Czosnka, Dżesikę Paprykę, Rocha Grocha, Czarkę Pieczarkę oraz cztery urocze Brukselki – Melkę, Rachelkę, Kornelkę i Anielkę. To był czwartek. W niedzielę rano skończyłem konspekt powieści i siadłem do pisania. Na pomysł złożyło się oczywiście wiele rzeczy – sporo czytam i oglądam. A Best Seler i zagadka znikających warzyw, choć jest czymś całkiem nowym, bo ile mi wiadomo, nikt do tej pory nie stworzył jarzynowego uniwersum, to jednocześnie stanowi swoisty remiks popkulturowym. Nie mogę przy tym jednak pominąć mojej miłości do warzyw i owoców, bez której powieść pewnie nigdy by nie powstała. Patrząc na mnie dzisiaj, trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu ważyłem ponad 150 kg. W ostatnich latach to właśnie warzywa i owoce stały się moimi najlepszymi przyjaciółmi, a przy okazji bohaterami mojej powieści! Nie jestem wprawdzie wegetarianinem, ale od kilku miesięcy bardzo mocno ograniczyłem spożycie mięsa. Jem je raz, czasami dwa razy w tygodniu i nigdy nie czułem się lepiej. Myślę, że tak już zostanie.

Jak oceniasz, jako mieszkaniec Katowic, śląską dietę? Czy da się tradycyjne potrawy zmodyfikować tak, żeby były zdrowe i fit, a może to już świętokradztwo?

- Jak to mawiają, dla chcącego nic trudnego. Przyznam, że w moim domu nie gotowało się śląskich potraw, a jeśli już, to sporadycznie. Rodzina mojej mamy miała korzenie na Wschodzie, z kolei rodzina taty wywodzi się z Wielkopolski, natomiast mieszkaliśmy przez całe moje życie w Katowicach, więc wszystkie te tradycje się ze sobą mieszały. Jeśli chodzi o mnie, najbliższa od zawsze była mi kuchnia włoska. Z kuchni śląskiej lubiłem rolady i karbinadle (czyli kotlety z dodatkiem śledzi). Te pierwsze zdarzało mi się przygotowywać w wersji fit, zastępując boczek chudą szynką dojrzewającą i smażąc na małej ilości oliwy z wytłoczyn na patelni ceramicznej. Problem z potrawami kuchni śląskiej jest taki, że to dania nie na dzisiejsze czasy, kiedy wszędzie jeździmy samochodami i ogólnie mało się ruszamy. Kiedyś miały one sens i spełniały swoją funkcję w dostarczaniu dużej ilości energii niezbędnej do pracy fizycznej, ale teraz już tego nie potrzebujemy. O wiele lepiej sprawdzi się dieta oparta o jajka, nabiał oraz świeże warzywa i owoce. Tym bardziej, że dziś nie ma problemu z dostaniem świetnych produktów do gotowania.

Gdzie się zatem zaopatrujesz w produkty spożywcze?
Takich pewnych miejsc w Katowicach nie brakuje – w okolicy, w której mieszkam (Ligota-Panewniki) mógłbym wskazać co najmniej kilka małych sklepów. Do tego mamy dyskonty, w których coraz częściej można znaleźć dotąd bardzo trudno dostępne warzywa czy owoce, a także produkty wegańskie.

Wspomniałeś o swojej walce z nadwagą. Czy kuchnia okazała się dla ciebie jednocześnie zgubą i wybawieniem?

- Tak. W moim domu zawsze dużo się gotowało. Od małego kręciłem się po kuchni, w której moja mama i babcia przygotowywały codzienne albo odświętne posiłki. Od dzieciństwa podpatrywałem ich pracę, ale niestety nie bezinteresownie. Na pewno nie zaliczałem się do grona niejadków i na bieżąco próbowałem powstających dań. Później w szkole średniej i na studiach doszło jedzenie w fastfoodach i skończyło się to na wspomnianych 150 kg. Walkę z nadwagą zacząłem od gotowania i to właściwy początek mojego kulinarnego bloga. Sam zabrałem się za przygotowywanie posiłków dla siebie, dużo czytałem i próbowałem nowych rzeczy. To był czas kuchennych prób i błędów, z których wyszedłem zwycięsko. Do dzisiaj razem z moją dziewczyną praktycznie nie jemy poza domem, a jeśli już wybieramy wegetariańskie i wegańskie bistra i restauracje, by coś podpatrzyć. Natomiast do gotowania najbardziej inspiruje mnie sezonowość warzyw i owoców. Ma to oczywiście swoje dobre i złe strony – w październiku i listopadzie tak zainspirowała mnie dynia, że przerobiłem jej kilkadziesiąt kilogramów na bardzo wiele sposobów… Tak wiele, że moja dziewczyna poprosiła mnie, byśmy na jakiś czas wyłączyli ją z naszego menu. Teraz z kolei królują u nas zielone szparagi, za chwilę będą polskie truskawki, no i bób!

Do kogo adresujesz swoją najnowszą książkę? Na okładce możemy przeczytać, że to opowieść dla "dzieci w każdym wieku". Rozumiem, że dorośli też podpadają pod tę kategorię? 

- Jak najbardziej! Po części jestem cały czas dużym dzieckiem i bardzo to w sobie lubię! Ale także dorośli, którzy zapomnieli, jak to jest być dzieckiem, znajdą coś dla siebie. Książka oczywiście sprawdzi się zarówno w przypadku najmłodszych, którzy jeszcze nie potrafią czytać – myślę, że niezwykły świat Jarzynowa i szybka akcja wciągnie ich równie mocno, jak nieco starszych czytelników, co najmniej do dwunastego roku życia. Jestem także przekonany, że tak jak ma to miejsce w przypadku Shreka albo filmów Pixara, paradoksalnie najwięcej frajdy z lektury będą mieli czytelnicy z wyrobioną świadomością literacką. To oni zapewne parskną śmiechem, gdy przeczytają o rozprawie filozoficznej Tako rzecze Jan Kapusta albo poecie Adamie Bakłażanie, według którego „są rzeczy na niebie i ziemi, które nawet warzywom się nie śniły!” Cała powieść jest właściwie utkana z nawiązań i aluzji do świata literatury i filmu, ale także polityki czy mediów. Według mnie dobra literatura dziecięca to taka, która równie dobrze trafia do dzieci i dorosłych. Dlatego moimi wzorcami są książki Lewisa Carrolla o Alicji czy seria o Muminkach autorstwa Tove Jansson. Bo też czy może być coś lepszego, niż książka, która zbliża do siebie rodziców i dzieci?

Nie boisz się, że dzieci nie będą chciały jeść upersonifikowanych w twojej książce warzyw, bo będą sądziły, że zrobią im krzywdę?

- Nie jestem specjalistą w tej kwestii, ale czytałem o badaniach na Uniwersytecie w Missouri, które wykazywały, że rośliny są w stanie wyczuć, kiedy są zjadane. Pisze o tym zresztą Peter Wohlleben, opisując mechanizmy obronne akacji wobec podjadających ją intruzów. A jeśli obejrzymy film "Inteligencja roślin", okaże się, że rośliny nie tylko czują, ale mają też pamięć czy tytułową inteligencję. To zresztą zawsze mnie fascynowało – jak niewiele wiemy o roślinach, bez których życie na naszej planecie nie byłoby możliwe, i jak łatwo traktujemy je jako te, które skazane są jedynie na wegetację. Dlatego pomyślałem, że fajnie byłoby, gdyby to właśnie rośliny, a w tym przypadku warzywa, w końcu stały się bohaterami popkulturowymi. Upersonifikowane zwierzęta to norma zarówno w powieściach, jak i filmach dla dzieci. Co, na marginesie, nie powstrzymało ani dorosłych, ani dzieci od spożywania mięsa. Nie inaczej jest w tekstach dla dorosłych – chociażby w Mausie Arta Spiegelmana czy Folwarku zwierzęcym George’a Orwella. Ale rośliny? Tego jeszcze nie było! Moim głównym założeniem było zaprezentować młodemu czytelnikowi fascynujący świat warzyw – to oczywiście upersonifikowane postacie, ale nadal zachowujące swój roślinny charakter – dzięki któremu polubi jarzyny tak jak ja. A może miłość do warzyw okaże się tak mocna, że dzieci będą chciały je zjeść – jak w baśniach. Pod tym względem to idealny pomysł na prezent z okazji Dnia Dziecka dla wszystkich rodziców, którzy chcieliby, aby ich pociechy na dobre zaprzyjaźniły się z warzywami.

W powieści mamy sporo odniesień do popkultury. Samo miasteczko, relacje między warzywami i ich przygody noszą znamiona amerykańskich produkcji spod znaku teen drama. Mamy miłosne rozterki szkolnej młodzieży, jest drużyna sportowa, w której liderem jest jedna z postaci, no i szeryf, który stoi na straży miasta. Czy takie były właśnie twoje inspiracje?

- Przejrzałeś mnie! Jestem wielkim fanem amerykańskiej popkultury, oglądam mnóstwo seriali i filmów, więc to rzeczywiście moje inspiracje. Jeśli chodzi o historie z dziećmi w roli głównej, uwielbiam przede wszystkim "Super 8" J.J. Abramsa oraz "Stranger Things" braci Duffer, a w przeszłości z wypiekami na twarzy śledziłem losy nastoletnich bohaterów serialu "Roswell". Ale nie chciałem, by anglosaska kultura całkowicie zdominowała "Best Selera", stąd równie wiele aluzji do polskich realiów i rodzimej literatury. Natomiast w kwestii miłosnych rozterek bohaterów, traktuję dzieci bardzo poważnie i nie chcę przedstawiać ocenzurowanej wersji świata – nawet tego warzywnego. Jest więc miejsce na miłość, ale także romanse, zdrady i dramaty. Dzisiejszy odbiorca literatury dziecięcej to czytelnik aspirujący, który chce się z niej dowiedzieć między innymi, jak to jest być nastolatkiem. Sądzę, że pod pewnymi względami "Best Seler" dałby się zakwalifikować jako young adult fiction, czyli literatura młodzieżowa. Dlatego też zdecydowaliśmy się na takie ilustracje – bohaterowie na nich przedstawieni to na ogół nastoletnie warzywa. Zresztą ilustracje stworzone przez Małgorzatę Flis to kolejny powód, dla którego warto zapoznać się z tą powieścią. Jestem przekonany, że zachwycą czytelników – zarówno tych młodszych, jak i nastoletnich czy dorosłych!

Wykładasz na Uniwersytecie Śląskim. Jak piszą teraz młodzi ludzie? Lepiej czy gorzej niż kilka dekad temu?

- Piszą inaczej niż kiedyś, bo mamy inne czasy. To na pewno. I tak jak zawsze, jedni piszą lepiej – zwłaszcza ci, którzy dużo czytają – a inni nieco gorzej. Ale zdarzają się też perełki – osoby, które piszą rewelacyjnie, o czym mogłem się przekonać między innymi nie tak dawno jako jeden z piątki jurorów w ogólnopolskim turnieju literackim „Misja – książka!”. Według mnie problem z pisaniem w Polsce wynika z faktu, że traktujemy tę umiejętność jako coś wrodzonego, talent, który nie podlega kształceniu. Bo czy kiedykolwiek dowiedziałeś się w szkole, jak napisać bestseller? A przecież są narzędzia i schematy, które mogą to ułatwić. No dobra, zejdźmy na ziemię i zastanówmy się, ile w ogóle pisaliśmy w szkole. By pisać dobrze, trzeba mieć wiedzę na temat tego, jak to robić, ale też czas na praktykę. A w szkole na ogół brakuje jednego i drugiego. Ja miałem to szczęście, że to właśnie na lekcję polskiego napisałem swoje pierwsze opowiadanie. Potem na wiele lat porzuciłem myśl o pisaniu, a gdy do niej powróciłem, nie wiedziałem od czego zacząć. Wtedy znów uśmiechnęło się do mnie szczęście, ponieważ na studiach poznałem prace Vladimira Proppa i Josepha Campbella, uczestniczyłem w pracach koła naukowego, w czasie których dowiedziałem się bardzo wielu przydatnych informacji o narracji w literaturze, w końcu trafiłem także na podręcznik scenopisarstwa Syda Fielda, który zmienił moje myślenie o pisaniu.

Czy właśnie wtedy pojawił się pomysł kierunku o sztuce pisania?

- Tak. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, jak bardzo potrzebny jest w Polsce kierunek Sztuka pisania – czyli nasz rodzimy odpowiednik anglosaskiego creative writing. Razem z prof. Grzegorzem Olszańskim udało nam się ten kierunek powołać do życia w 2014 roku i od wtedy miałem przyjemność obcować w wieloma wyjątkowymi studentami, którzy mogą się niebawem okazać znakomitymi pisarzami. Oczywiście brakuje im wiedzy i praktyki, czasami po prostu pewności siebie, ale właśnie po to stworzyliśmy studia, na których sporą część czasu spędzamy na pisaniu. Nie tylko prozy i poezji, bo w programie przewidziane są także warsztaty dziennikarskie, zajęcia poświęcone poetyce reklamy czy storytellingowi w mediach elektronicznych. Natomiast jeśli chodzi o zasadnicze zmiany w stylu młodych ludzi – na pewno widać w tekstach naszych studentów wpływ kultury audiowizualnej. Więcej oglądają niż czytają, co pod pewnymi względami wcale nie jest złe. W końcu dziś opowiadania wciągających, wielowątkowych fabuł z niepowtarzalnymi bohaterami najłatwiej jest się nauczyć, oglądając seriale takich stacji jak HBO, Netflix czy FX.

Mikołaj Marcela - pisarz, nauczyciel akademicki (prowadzi zajęcia i warsztaty z teorii fabuły, pisania artystycznego i kultury popularnej), autor tekstów piosenek, specjalista z zakresu popkultury, literatury grozy i Jamesa Bonda. Współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Publikował m.in. w czasopismach: „Teksty Drugie”, „Czas Kultury”, „Kultura Popularna”, „FA-art”. Eseje jego autorstwa ukazały się także w leksykonach Bond i Wampir. Ma na swoim koncie także dwie powieści z pogranicza fantastyki i grozy dla dorosłych. Prywatnie fan seriali i zdrowego trybu życia. W wolnych chwilach prowadzi bloga kulinarnego Kuchnia Dr. Marceli. Mieszka w Katowicach. Jego najnowsza powieść "Best Seler i zagadka znikających warzyw" pojawi się w księgarniach 23 maja. Wydawcą książki jest Wydawnictwo literackie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie