Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Wszyscy jesteśmy wpleceni w historię - rozmowa z Konradem Kazimierzem Czaplińskim, fotografem nie tylko Ziemi Lubuskiej i Dolnego Śląska

Redakcja GL
fot. Konrad Kazimierz Czapliński
Za pieniądze z nagrody otrzymanej w charytatywnym konkursie fotograficznym UNICEF, zorganizowanym w Holandii, kupił beżową Wołgę. Był pionierem fotografii kolorowej w Polsce, autorem ponad 300 ściennych kalendarzy i 150 albumów.

Jesteśmy ofiarami historii. Jak Ciebie ona doświadcza?

Historia dotyka mnie w bardzo osobisty sposób. Pamiętam jak kolbami w 1939 łomotano do drzwi naszego domu w Ozorkowie, gdzie się urodziłem i w którym mój ojciec, na ziemi podarowanej przez dziadka, zbudował w 1935 roku dom. W dom trafiła bomba, a ojca historia zagarnęła najpierw do sowieckiej niewoli, a potem na Zachód z armią Andersa. Mamę moją przygarnął jako pomoc domową spolonizowany Niemiec, podejrzewam że antynazista i tak trafiłem do Warszawy. Mieszkaliśmy w centrum miasta, w pobliżu dworca. Tam jeszcze jako chłopca historia trafiła we mnie kulą w kolano. W Powstaniu, biegłem gdzieś z jakąś karteczką. Nie bolało, upadłem, ale doszedłem do domu o własnych siłach. Miałem but pełen krwi, a lekarz, który oglądał moje kolano, przewidywał amputację, ale na szczęście ten scenariusz się nie spełnił. Jak to się mówi, wylizałem się.

Polska się też wylizywała...

Z tamtej Warszawy pamiętam morze ruin, żadnego całego domu, wszystko w gruzach. Wróciliśmy zatem z mamą do Ozorkowa, do domów dziadków, który na szczęście przetrwał wojnę. Rzecz jasna poszedłem do szkoły. W szkole okazało się, że dzieciństwo spędzone wśród książek w bibliotece ojca, które kartkowałem i oglądałem z zapałem, zaowocowało szybkimi postępami w nauce. Przeskoczyłem z woli nauczycieli z czwartej do szóstej klasy. W Zgierzu mając 17 lat zdobyłem maturę i... dostałem nakaz pracy jako nauczyciel do Sokołowa Podlaskiego, jako że liceum miało profil pedagogiczny. Ale prawdę powiedziawszy nie bardzo mi się uśmiechało być nauczycielem na Podlasiu, więc rozpocząłem studia na uniwersytecie w Łodzi na kierunku historia. Wtedy uciekając od pracy w Sokołowie, nie wiedziałem tego, że historia stanie się ważnym aspektem mojego życia zawodowego.

Ciekawe jak?

Kiedy skończyłem studia i zostałem dyplomowanym historykiem, otrzymałem kolejny nakaz pracy. Już nie pamiętam dokąd, ale znów postanowiłem uciec. Tym razem do Krakowa na Akademię Sztuk Pięknych. Rektorował Akademii wówczas Czesław Rzepiński, wychowanek Wojciecha Weissa i Felicjana Kowarskiego, a później w Paryżu Józefa Pankiewicza. Jako student akademii zetknąłem się z małżeństwem Józefem i Łucja Oźminami, którzy zajmowali się pracami konserwatorskimi, szczególnie o tematyce sakralnej. To oni w 1944 roku odkryli podczas prac konserwatorskich w Kaplicy Najświętszej Marii Panny na Jasnej Górze freski barokowego twórcy Tomasza Dolabelli. Latem podczas wakacji oboje wciągnęli mnie do współpracy konserwatorskiej. A ponieważ sztuka był ich całym światem, to i ja stałem się częścią świata sztuki, a za jej pośrednictwem historii. I to dzięki nim wniknąłem w sztukę sakralną, a także w środowisko jasnogórskich Paulinów. Bonusem tych znajomości był dostęp do tajemnic zbiorów tamtejszego klasztoru. Zbiorów, które w sposób szczególny emanują i zarażają historią. Skrywaną, niechętnie prezentowaną, nieoficjalną, a nawet zakazaną.

Dlaczego nie zostałeś malarzem?

Po ukończeniu Akademii w Krakowie znowu otrzymałem nakaz pracy. Kolejny raz ojczyzna wyznaczyła mi miejsce w szeregu. Ja tradycyjnie uciekłem w naukę. Wróciłem do Łodzi i zdałem egzamin do „Filmówki”. To był dziwny egzamin. Rozłożono przed nami masę zdjęć, kazano wybrać trzy z nich i napisać na ich podstawie scenariusz filmu. Przyjęto mnie i zainspirowałem się filmem dokumentalnym. Filmówkę ukończyłem w 1969 roku.

W 1970, a właściwie w 1971 zaczęła się epoka Gierka, a ja trafiłem do Polskiej Agencji Interpress do oddziału KK, czyli kraje kapitalistyczne. Polska otwierała się na świat, a socjalizm udawał, że ma ludzką twarz. Dzięki temu i mnie historia otworzyła drzwi do świata. Dzięki zdobytym znajomościom i układom miałem dostęp do materiałów niezbędnych do fotografii kolorowej. Zacząłem eksperymentować i odnosić pierwsze sukcesy. Zostałem pionierem fotografii kolorowej w Polsce socjalistycznej. Pracowałem na materiałach amerykańskiej firmy Kodak. Było z tym trochę zabawy, bo w Polsce nikt nie wywoływał klisz do fotografii barwnej i trzeba było je wysyłać do Berlina Zachodniego lub Szwajcarii.

Rodzima technika była kiepskiej jakości, to pamiętam, a zachodnia, dolarowa, droga.

Pracując w Interpressie zyskiwałem znajomych na tzw. Zachodzie. Nawiązywałem kontakty i osobiste i z agencjami prasowymi. I tak pewien znajomy Holender namówił mnie na charytatywną wystawę fotograficzną organizowaną w Holandii przez UNICEF. Już nie pamiętam co to było, w każdym razie zdjęcie się spodobało, dostałem nagrodę w wysokości 6000 holenderskich guldenów. Zaszalałem i kupiłem za te pieniądze beżową Wołgę z silnikiem diesla. Jeździłem nią wiele lat i z sentymentem wspominam jej komfort.

Cofnijmy się w czasie. Jak zaczęło się barwne fotografowanie?

Już nie pamiętam jakie pierwsze kolorowe fotografie pokazałem światu, w każdym razie, jednymi z pierwszych były kolorowe zdjęcia polskich zespołów pieśni i tańca. Wówczas zespół Mazowsze, czy Śląsk, były polskim towarem eksportowym. Fotografowałem chyba wszystkie tzw. ludowe zespoły jakie istniały. Powstały z tych zdjęć kolorowe kalendarze. Nowa socjalistyczna rzeczywistość odkryła potrzebę reklamowania się za pomocą kolorowych kalendarzy. Ludzie pragnęli ozdabiać mieszkania i biura kolorowymi kalendarzami. Jeździłem po Polsce i fotografowałem. I tak zostałem autorem ponad 300 ściennych kalendarzy wielkoformatowych.

A Twoje prace związane z zabytkami sakralnymi?

Jak się jeździ, to się poznaje ludzi. Poznałem Jana Marię Wędrowskiego (brata Arnolda), sekretarza św. Maksymiliana Kolbego. To on zaproponował mi objazd po wszystkich polskich klasztorach męskich a potem wystawę zrobionych podczas tego objazdu zdjęć. Przez dwa lata peregrynowaliśmy po Polsce volkswagenem „ogórkiem” robiąc te zdjęcia. Miały format 50x70 cm. Przyklejono je potem na aluminiowe płyty i wystawiono w kaplicy św. Barbary w klasztorze Paulinów na Jasnej Górze. Potem jeździły po świecie, a przy okazji zyskiwały mi kolejne zlecenia. Jednym z takich było powtórzenie akcji z klasztorami, tym razem żeńskimi. Przy okazji fotografowałem, to co mi wpadło w oko. I tak powstawały materiały do kolejnych kalendarzy. Rosło więc moje archiwum. Nie mówiąc o popularności. Powstawały też barwne albumy, towar w latach 70 poszukiwany i rozchodzący się jak świeże bułeczki, mimo że nakłady sięgały nawet 90 tys. Jednym z pierwszych był album o Tarnowie. Wówczas praca nad albumem, bez komputerów i internetu, wymagała od twórcy sporządzenia odręcznej makiety. Mam tę z albumu o Tarnowie na półce. Jako pamiątkę.

Ale nie tylko zabytki sakralne?

Współpracowałem z wydawnictwami z Francji, Hiszpanii, Holandii, ale ciekawą propozycję dostałem z Czechosłowacji. Miałem zrobić album „Czeskie zamki i miasta”. I tak ruszyłem na południe fotografując co napotkałem po drodze. Moje archiwum rosło, a wraz z nim moja historyczna wiedza, jako że każdy album wymagał opisu obiektów na zdjęciach. Dopadała mnie zatem przy okazji sporządzania albumów historia i plotła kolejne, kolejne i kolejne wątki. I obok fotografowania stała się moja towarzyszką. Łącznie stworzyłem 135 albumów. Z zabytkami, obrazami, zdjęciami przyrody. Kilka o Zielonej Górze i o Ziemi Lubuskiej, ziemi czterech kultur. Z racji honorariów zagranicznych w ZAIKS’ie miałem trzy konta. W - w polskich złotych, S - w walutach krajów socjalistycznych i K- w walutach zachodnich.

Jest też anegdota o motylach.

Z tych zagranicznych kontaktów urodziło się zlecenie na cykl fotografii 156 motyli europejskich. Sądziłem, że uporam się z tym zadaniem w dwa lata, ale zeszło lat 6. Sprawa się bowiem skomplikowała, bo zleceniodawca Larousse, pragnął aby pokazać gąsienicę, poczwarkę i motyla. Tego ostatniego z rozłożonymi i złożonymi skrzydełkami. W odmianie wiosennej i jesiennej. Nadto gąsienica na roślinie, którą się pożywiała. Z tego wszystkiego zostałem hodowcą motyli. Przy okazji wyszedł album i kalendarze jako postprodukcja.

Wróćmy do kościołów.

Sporo miałem pracy przy fotografowaniu wnętrz kościołów. To była przy okazji ciężka fizyczna praca. Woziłem z sobą 50 m elektrycznego kabla i do tego kilka lamp. A do nich akumulatory. Zawsze pełen bagażnik sprzętu. Potem wszyscy się dziwili, że tak jasno w tych kościołach i wszystko dobrze widać. I znowu niejako przy okazji. Fotografowałem święte obrazy. Z tych zdjęć powstał album „Polskie madonny”. Zwieńczeniem cyklu albumów dotyczących klasztorów, była nagroda Grand Prix na Targach Książki w Warszawie w 2010 za album „Cystersi - dziedzictwo kulturowe”.

Szlak św. Wojciecha to jeden z ostatnich projektów.

W 2016 roku poproszono mnie o zrobienia albumu poświęconego św. Wojciechowi. Przekonywano, mnie, że skoro mam już w dorobku Szlak św. Jakuba, to… Zarzekałem się, bo to święty, o którym wiemy niewiele, ale przekonał mnie ostatecznie marszałek dolnośląski, Cezary Przybylski. Zgodziłem się pod warunkiem, że będzie to szlak nie tyle świętego, ale turystyczno-edukacyjny, opisujący obiekty na tym szlaku. Szlak zaczyna się w Pradze, a kończy we Wrocławiu.

Nagrody?

Nagród honorowych jakie otrzymałem, nie liczyłem. Jestem zasłużony dla województw dzisiaj nieistniejących, ale cenię sobie bycie zasłużonym dla Dolnego Śląska. Cieszy mnie też odznaka „Zasłużony dla Kultury Polskiej” od ministra Glińskiego, wręczona mi z pewnym opóźnieniem bo 16 lutego 2024 roku w Zielonej Górze w ratuszu, kilka lat po przyznaniu. Jestem też zasłużonym dla miasta Zielona Góra.

Ale wciąż nie spoczywasz na laurach?

Mam przygotowane kolejne dziesięć albumów. Jakie? A choćby „Klasztory jezuitów w Polsce”, „Joannici na Dolnym Śląsku. Czekają na „sponsora”.

Łącznie stworzyłem 135 albumy. Z zabytkami, obrazami, zdjęciami przyrody. Kilka o Zielonej Górze i o Ziemi Lubuskiej, ziemi czterech kultur - mówi Konrad Kazimierz Czapliński, fotograf, autor 135 albumów i ponad 300 kalendarzy. Ostatnio odebrał z rąk prezydenta Zielonej góry, Janusza Kubickiego, odznakę Zasłużony dla Kultury Polskiej oraz złoty medal za zasługi dla miasta.

od 7 lat
Wideo

Pismak przeciwko oszustom, uwaga na Instagram

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Wszyscy jesteśmy wpleceni w historię - rozmowa z Konradem Kazimierzem Czaplińskim, fotografem nie tylko Ziemi Lubuskiej i Dolnego Śląska - Gazeta Lubuska