Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Zakupy w PRL, czyli opowieść o tym, jak staliśmy w kolejkach po wszystko, nie do końca wiedząc, co rzucili w sklepie ZOBACZ ZDJĘCIA

Monika Krężel
Monika Krężel
Dom Handlowy "Zenit" w Katowicach w latach 70.
Dom Handlowy "Zenit" w Katowicach w latach 70. Fot. ARC DZ
Kolejki są ikonicznym obrazem PRL-u, bo z nim się kojarzą, ale odnalazły się też w popkulturze. W tych kolejkach działy się i romanse, i jakieś wymiany dóbr, ludzie załatwiali sobie pracę. Kolejki były inwigilowane przez milicję, bo tam dużo można było usłyszeć - mówi Wojciech Przylipiak, autor książki „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko”.

Za czym pan stał w kolejce? Ja za słodyczami, mama po wszystko. Raz stanęła w kolejce w księgarni, bo była dostawa książek, oczywiście nikt nie wiedział jakich. Przed nią ktoś kupił ostatni „Cichy Don” i wróciła z niczym.

No tak, najgorzej było stać w kolejce, nie do końca wiedząc, co trafi się w sklepie. Wtedy po prostu stało się po cokolwiek, a nie za czymś konkretnym. Pamiętam drugą połowę 80-tych, jak stałem na zmianę z bratem i z mamą w sklepie spożywczym, przypuszczam, że za mięsem, bo tego zawsze brakowało.

Czwarta rano. Pochmurno, pada deszcz, jest zimno, a przed mięsnym stoi już kolejka. Można dostać po pół kilograma baleronu, pieczeni wołowej i kiełbasy. Czy pan myśli, że współczesne pokolenie to rozumie? Czy może lepiej pana książkę odbierają starsi czytelnicy?

Starsze pokolenie pamięta te czasy doskonale, książka wywołuje wspomnienia i jakąś nostalgię, bo wszyscy chcemy też pamiętać rzeczy miłe i to, co było pozytywne. Ludzie opowiadają, jak świetnej jakości była żywność, jak smakowały wędliny, słodycze itp.

Starsi pamiętają na przykład, jak pachniała w sklepach świeżo mielona kawa, bo w delikatesach mielono ją na miejscu. Ciekawe jest to, że zapachy są bardzo symptomatycznymi wspomnieniami z PRL-u, bo Polacy pamiętają jak pachniał Pewex, czyli zagranicznymi cukierkami, kawą, alkoholem, dobrymi perfumami i jak w kioskach Ruchu unosiły się zapachy proszku Ixi, farby drukarskiej i papierosów.

Podczas spotkań autorskich panie opowiadają, bo to głównie one wtedy stały w kolejkach, jak w najgorszych dla zaopatrzenia czasach, czyli roku 1980 albo 1981, one stały w siarczysty mróz pod sklepami z rocznymi dziećmi opatulonymi w kożuchy po kawałek szynki.

Dzisiaj się to wydaje z jednej strony absurdalne, gdyby spytać o opinię młode pokolenie, ale z drugiej te kolejki nie zniknęły z naszej rzeczywistości. Gdy pojawia się towar w supercenie, to są i potężne kolejki. W Warszawie ustawia się nawet wieczorem kolejka młodych ludzi pod sklepem z ze sneakersami, bo wszyscy chcą mieć te jakieś kolekcjonerskie modele butów.

Tych kolejek oczywiście nie można porównywać. Dawniej ludzie stali po produkty pierwszej potrzeby, potrzebne do życia, a bez kolekcjonerskich butów można się obejść. Gdy przytaczam młodym ludziom opowieść mojej mamy o jednej zdobytej pomarańczy, jak przed świętami przez dwa tygodnie ją sobie wąchała i przenosiła z miejsca na miejsce, to młodzież pyta, czy nie mogła sobie kupić kilograma albo dwóch. No właśnie, nie mogła. Na święta dostawało się jedną sztukę.

Myślę, że te opowieści działają na młodych ludzi, jak te o internecie. Kiedyś internetu nie było, a młode pokolenie, które wychowało się tylko w cyfrowej rzeczywistości, do końca pewnie tego nie zrozumie.

Mam wrażenie, że nasi rodzice byli herosami. Jakie trzeba mieć siły na to, żeby stać po kilka godzin na dobę w kolejkach.

Nie było wyjścia, trzeba było stać, żeby przeżyć.

Kolejki są ikonicznym obrazem PRL-u, bo z nim się kojarzą, ale odnalazły się też w popkulturze. Weźmy na przykład serial „Alternatywy 4”, w którym sąsiad na wózku - Pan Antoni - jest „wypożyczany” przez każdego z mieszkańców klatki, by kupić coś bez kolejki. Wtedy bez kolejki mogli kupować inwalidzi albo kobiety w ciąży.

Kolejki można też rozpatrywać jako sprawnie działający system - były komitety kolejkowe, listy, zapisywanie się na nie, sprawdzanie, wylatywanie z nich. No, ale jak w kolejce stało 200 osób, a pralek przywieziono 10, to jakoś trzeba było je sensownie rozdać. Poza tym w tych kolejkach działy się i romanse, i jakieś wymiany dóbr, ludzie załatwiali sobie pracę. Kolejki były inwigilowane przez milicję, bo tam dużo można było usłyszeć.

Gdy więc mówimy PRL, to od razu myślimy o kolejkach albo zdjęciach sklepów z pustymi hakami czy octem.

Przeglądałam kiedyś stare wydania „Dziennika Zachodniego”, a dokładnie listy do redakcji. Są słodko-gorzkie. W Herbapolu nie ma świetlika, brak również kopru. Ktoś zapłacił za pralkę w 1981 roku, a odebrał ją w 1984. Ktoś szukał dętek i opon do „Komara” po całej Polsce, w Gliwicach nie można kupić miodu, w Ustroniu wszystko znika ze sklepów, bo to miejscowość wypoczynkowa i towar wykupują intendenci z sanatoriów. Słyszał pan pewnie o niejednej takiej historii.

Gdy pisałem o latach 80. opierałem się w dużej mierze na listach magazynu konsumenckiego „Veto” i o dziwo tam pojawiały się krytyczne listy obywateli. Wszystkie gazety były ustawione propagandowo, ale obraz rzeczywistości udało się przemycić w krytycznych listach.

Ktoś narzekał, że chciał kupić kawę, a dostał kaszę, albo że nie ma płynu do mycia Ludwik w jego ulubionych butelkach i dlaczego papierosy są tak słabej jakości.

Czytając listy miałem przekonanie, że przez takie publikacje, władza chciała zrzucić odpowiedzialność za braki w sklepach na osoby prowadzące biznesy, na tych spekulantów, z którymi walczono.

Chociaż te absurdalne decyzje władz były widoczne gołym okiem. W 1982 roku małżeństwo z Zawiercia napisało list do redakcji, że nie może urządzić mieszkania, gdyż nie dostanie kredytu dla młodych małżeństw. Aby otrzymać kredyt „MM” jednym z kryteriów jest nieprzekroczony wiek 30. roku życia jednego z małżonków. A oni pobrali się po prostu później… Bareja by tego nie wymyślił.

Mnóstwo problemów z zaopatrzeniem wynikało też z jakichś specjalnych układów, układzików, które funkcjonowały na bardzo szeroką skalę. Towary rozdzielano centralnie, sklepy, kioski Ruchu często nie otrzymywały towaru, który zamawiały. Warszawa dostawała lepszy towar do kiosków Ruchu niż w innych częściach kraju, wiadomo stolica. Wiejskie GS-y miały problemu z zaopatrzeniem, za to sklepy na Śląsku i w Zagłębiu były lepiej zaopatrzone niż w innych częściach kraju, chyba starano się górników bardziej docenić.

Robiłam kiedyś materiał o opozycyjnym działaczu ze Śląska. Opowiadał, jak jego żona pojechała do sanatorium i pokłóciła się z koleżanką z pokoju, bo ta nie powiedziała jej, że do sklepu rzucili proszek do pieczenia i pobiegła po niego sama...

To też jest ciekawe, gdyż na kilku spotkaniach zastanawialiśmy z paniami, skąd ludzie wiedzieli, że coś gdzieś rzucili. Ta poczta pantoflowa w jakimś sensie jest zagadką, ale z drugiej strony, tak jak mówiliśmy na początku, ludzie przechodzili koło sklepu i autentycznie pytali się, za czym ta kolejka stoi. Bywało, że ludzie nie wiedzieli i po prostu stawali.

To się może dla młodych ludzi wydawać absurdalne, ale dochodzimy tu do bardzo ważnej kwestii, czyli do tego, jak sobie wspaniale radzimy, jak Polacy zawsze potrafili sobie poradzić w trudnych czasach – kupowali coś, żeby to później wymienić.

W książce przytaczam historię Domu Towarowego „Klimczok” w Bielsku-Białej. Reporter łapie jakiegoś pana, któremu udało się coś kupić i pyta go, czy jest zadowolony? On na to, że nie, bo kupił dywan, a chciał coś zupełnie innego, ale i tak jest dobrze, bo się z kimś wymieni albo go sprzeda.

Handel wymienny i gospodarność Polaków była zjawiskowa, z tego naprawdę słynęliśmy.

O tak. Załatwić i wykombinować to słowa, które w PRL-u miały magiczną moc. Jeśli ktoś tego nie potrafił, to ciężko mu było przeżyć. Czytałam, jak pewien Węgier odwiedził znajomego w stanie wojennym. I jak zobaczył zastawiony stół, to powiedział: Polacy, jak wy to robicie?

To prawda, choć te słowa mogą mieć też różne konotacje, gdyż w wielu wypadkach to załatwianie i kombinowanie oznaczały po prostu kradzież, na przykład z zakładów pracy. Można to usprawiedliwiać walką o przetrwanie. Jedna z bohaterek mojej książki pracowała w sklepie spożywczym i swojemu dziecku załatwiła wanienkę do kąpania. Zwyczajnie ukradła ją dostawcy śledzi (w tej wanience dostarczał ryby do jej sklepu), mówiła, że nie miała wyjścia, pół roku jej szukała.

Rozmawiałem z kilkudziesięcioma osobami i kilku nie chciało podać nazwisk, niektórzy nawet imion. Myślę, że troszkę obawiały się tego, jak ich zachowanie zostanie odebrane, źle się z tym czuły nawet wiedząc, że mnóstwo osób tak kombinowało.

To wszystko trzeba jednak brać przez pryzmat czasów i nie oceniać ludzi dzisiejszą miarą, gdy my sobie siedzimy przy swoich biurkach i nie mamy problemu z zakupami.

W książce pisze pan też o tym, że Polaków ratowały bazary, pewexy i sklepy górnicze.

Ja pochodzę z Pomorza, a tam sklepów górniczych, gieweksów nie było. Mogli w nich kupować tylko górnicy posiadający książeczkę z literką G. Za dodatkową pracę w tzw. „czarne soboty” otrzymywali specjalne pieczątki i na ich podstawie mogli kupić wyjątkowe towary, jak modny kombinezon narciarski, magnetowid. Na ulicy od razu było widać kto ma tatę górnika.

Pewex był de facto jedynym sklepem ogólnie dostępnym. Przecież tam nie trzeba było być pracownikiem ani żadnego zakładu, ani mieć jakiejś książeczki, czy specjalnego zezwolenia. Potrzebne były tylko bony, dolary, marki. Ale zakupy w Peweksie ograniczały kosmiczne ceny, ludzi nie było stać na tak drogie towary.

Sam pamiętam wycieczki raz na pół roku z rodzicami do Peweksu, gdzie kupowaliśmy jednego matchboksa. Mama na małą butelkę francuskich perfum Antilope w latach 70. zbierała trzy miesiące, dolary kupiła u cinkciarza pod hotelem, a buteleczkę po perfumach ma do dziś. Komputer w Peweksie kosztował w latach 80. trzy pensje.

Nie wszyscy pamiętają że w Peweksie były też polskie towary, jak alkohol, słodycze czy szynka. Można tam też było kupić kafelki, grzejniki, Pewex pośredniczył nawet w sprzedaży samochodów. Było to przedsiębiorstwo, które przenosiło nas trochę w zachodni świat, ale powstało po to, żeby ściągać od ludzi zagraniczną walutę.

W 1988 roku spędzałam wakacje we Francji. Poszłam z wujkiem do galerii handlowej, na pasażu wujek kupił mi zegarek. Sprzedawczyni spytała, skąd jest ta dziewczynka. Wujek na to, że z Polski. I sprzedawczyni mówi wtedy, że u nich też było dziecko z Polski na wakacjach. I jak zobaczyło takie centrum handlowe, to się rozpłakało. Mam wrażenie, że dzisiejsze pokolenie w ogóle nie może sobie tego wyobrazić…

Ja się nie dziwię, bo też pamiętam 1988 rok. Pierwszy raz pojechałem do Finlandii, moja mama prowadziła kółko przyjaźni polsko-fińskiej w Słupsku.

Jak zeszliśmy z promu w Helsinkach, to czuliśmy się i wyglądaliśmy jakbyśmy wyszli z jakiejś jaskini czasu. Bo tam było wszystko inne. Łącznie z tym, jak ludzie wyglądali, jakie były zapachy, jak prezentowały się ulice. A już to, że można było wejść do każdego sklepu i kupić to, co się chciało, to faktycznie było coś absurdalnego dla nas. Nikt nie przypuszczał, że za rok w Polsce będzie podobnie.

Pamiętam jak dostałem kiwi od wujka, który jeździł na handel do Berlina. Nie zjadłem od razu, bo nie wiedziałem w ogóle, co to jest, takie owłosione jakieś. Spróbowałem dopiero, jak mama zjadła. Byliśmy trochę jakby tacy schowani za tym mitycznym murem, więc nie dziwię się, że w latach 90. nastąpił taki też zalew wszystkiego z Zachodu, łącznie z tym, co jest złe, niedobre, brzydkie i niesmaczne. Jak człowiek wystaje z jaskini, wysuwa głowę, no to chce nagle wszystko przyswoić.

A dopiero później, po latach, zaczęło się rozróżnienie tego, co jest dobre i wartościowe.

Skąd pomysł na książkę o zakupach w latach 1945 - 1989?

Pomysł na książkę wziął się tak naprawdę od kiosków Ruchu. Te miejsca są kojarzone stricte z PRL-em, dzisiaj znikają z map miast, a była to przecież bardzo ważna instytucja handlowa, najmniejsze domy towarowe świata, bo tam można było kupić praktycznie wszystko.

Osoby prowadzące kioski wiedziały dużo o swoich klientach, jedna z pań opowiadała, że była jak ksiądz, znała tajemnice klientów.

I od tych kiosków Ruchu temat rozrósł się na książkę o zakupach w PRL-u. Mnie bardzo brakuje tych kiosków w takim sensie społecznym, że szło się rano do szkoły czy pracy i witało ze swoją panią z kiosku. Warto podkreślić, że praca w handlu była bardzo ciężka, od świtu do wieczora, w kioskach latem było bardzo gorąco, zima potwornie zimno. Kioski były bardzo często okradane, nie było jak wziąć urlopu, no bo kto miał zastąpić panią czy pana z kiosku?

W książce występuje kilkudziesięciu bohaterów i oprócz ich opowieści o tamtych latach, o tych mitycznych zapachach i brakach w sklepach, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Wszyscy odczuwali wtedy jakąś wspólnotę przetrwania, oni byli ze sobą bliżej i tutaj chodzi nie tylko o handel. A przyjaźnie z miejsca pracy przetrwały do dzisiaj.

od 12 lat
Wideo

Zabrze Wystawa Beksinski rzezba

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera