Zamknięte wyciągi narciarskie? Janusz Tyszkowski, szef stacji Skolnity w Wiśle: To wielka tragedia dla branży narciarskiej

Łukasz Klimaniec
Łukasz Klimaniec

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Jedna armata śnieżna pobiera 24 kilowaty prądu. Sam prąd kosztuje nas w granicach 70 tys. zł za miesiąc. A gdzie paliwo do ratraków? Opłacenie ludzi, którzy przy tym wszystkim pracują? - mówi Janusz Tyszkowski, właściciel stacji Skolnity Wisła Ski & Bike Park w centrum Wisły. Dla Beskidów zamknięcie wyciągów w sezonie zimowym oznacza tragedię.

Informacje o zamknięciu wyciągów narciarskich w sezonie zimowym z powodu pandemii wywołały konsternację i oburzenie wśród właścicieli ośrodków i stacji narciarskich w Beskidach.

Czytaj także

- Trzeba pamiętać o jednej rzeczy – wyciągi narciarskie to jedno. A jest jeszcze branża gastronomiczna i hotelarska. My wszyscy ze sobą współistniejemy! Jak my nie naśnieżymy, to nikt nie przyjedzie do hoteli i pensjonatów w okresie zimowym. Jak oni nie będą funkcjonować, to my będziemy mieli tylko klientów jednodniowych - mówi Janusz Tyszkowski właściciel stacji Skolnity Wisła Ski & Bike Park, jaka znajduje się w centrum Wisły.

Rozmowa z Januszem Tyszkowskim, właścicielem stacji Skolnity Wisła Ski & Bike Park.

Jak zaregował pan na wieść o zamknięciu wyciągów narciarskich w sezonie zimowym?
Z wielką nerwowością, bo to wielka tragedia dla branży narciarskiej. Nie rozumiemy tych decyzji. Uważamy, że aktywność na świeżym powietrzu z takim zabezpieczeniem, w jakim jeżdżą narciarze – a więc mają zakryte nos i usta, w większości mają też gogle i oczywiście rękawice – jest bezpieczna, a przenoszenie wirusa o wiele mniejsze, niż w galeriach handlowych, które mają być otwarte.

Co oznacza brak narciarzy dla stacji Skolnity?
Łatwo sobie policzyć - zatrudniamy na dziś 24 osoby w naszej stacji, do tego musimy zatrudnić dodatkowe osoby, które zwykle na zimę zatrudniamy, a w tym przypadku wszystko wskazuje, że ich nie zatrudnimy – czyli ok. 30 instruktorów narciarskich. A więc ci ludzie nie będą mieli pracy przez całą zimę. Nasze straty? Przygotowujemy stok, a to bardzo duże pieniądze. Jedna armata śnieżna pobiera 24 kilowaty prądu. Sam prąd kosztuje nas w granicach 70 tys. zł za miesiąc. A mówię tylko o samym naśnieżaniu. A gdzie paliwo do ratraków? Opłacenie ludzi, którzy przy tym wszystkim pracują? Nikt z nas nie ma niesamowitych rezerw, które pozwoliłyby płacić bez końca nie licząc na przychód.

Czytaj także

Co w tej sytuacji?
Zwalniamy ludzi i wszyscy idą, nie wiem gdzie, na urlop? Jesteśmy ośrodkiem całorocznym i wierzę, że jakoś sobie poradzimy. Ale nie wyobrażam sobie ośrodków, które żyją tylko z sezonu zimowego. Rekompensaty? Musiałyby być kilkudziesięciotysięczne, a nawet milionowe, by te ośrodki przetrwały. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów kupiliśmy taśmę SunKid, prowadzącą w miejsce, gdzie jazdy na nartach mają uczyć się dzieci i dorośli zaczynający przygodę z nartami. Ustawiamy to. Każdy ośrodek dba o to, by oferta była szeroka dla każdego narciarza – początkującego i zaawansowanego. Każdy inwestuje. A tu rzuca się informację: zamykamy wyciągi. Liczę, że ktoś zmieni zdanie i wyciągi narciarskie będą mogły funkcjonować w sezonie.

A jeśli nie? Co pan zrobi?
Nie wiem, co zrobimy. To bardzo ciężkie pytanie… Liczymy, że jednak ktoś pójdzie po rozum do głowy. Dochodzą do nas informacje, że ma być jakaś konferencja w tej sprawie. Musimy uzbroić się w cierpliwość. Ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy – wyciągi narciarskie to jedno. A jest jeszcze branża gastronomiczna i hotelarska. My wszyscy ze sobą współistniejemy! Jak my nie naśnieżymy, to nikt nie przyjedzie do hoteli i pensjonatów w okresie zimowym. Jak oni nie będą funkcjonować, to my będziemy mieli tylko klientów jednodniowych.

Czytaj także

Jak wyobraża sobie pan działalność ośrodka w trybie obostrzeń sanitarnych?
Oczywiście, że te obostrzenia bierzemy pod uwagę. Z tymi obostrzeniami żyjemy przecież od maja. Mamy trasy rowerowe, które funkcjonowały cały czas, a rowerzyści wyjeżdżali na naszym wyciągu, korzystali gastronomii. Swoją drogą, uważam, że gastronomia na stoku narciarskim jest prostsza do przypilnowania w zakresie bezpieczeństwa, niż w galerii handlowej. Jesteśmy w stanie wydzielić miejsca, wynieść parę ławek, odseparować, stworzyć nowe miejsca dla klientów w bezpiecznych warunkach. Poza tym proszę zauważyć - jeśli dziecko, które przyjedzie z rodzicami na narty i kupi frytki na wynos, to te frytki zaraz będą zimne.

We Włoszech są limity narciarzy na stokach. W ośrodku Skolnity też wchodzi to w rachubę?
Ale jak wyliczyć dostępność osób? Na dziś możemy powiedzieć, że na stoku mamy przepustowość kolejki, która wynosi 2100 osób na godzinę. Jeśli obniżą nam przepustowość do połowy, mamy 1050 osób na godzinę. Wiadomo, że narciarz jest ubrany w gogle, rękawiczki, większość jeździ z bandaną zakrywającą nos i usta. Wydaje mi się, że to zarażenie jest minimalne w stosunku do innych branż. Dla nas niepokojące jest skomasowanie ludzi na okres ferii. Jasko Stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne wstępnie słyszeliśmy, że ferie mają być jeszcze bardziej rozłożone i podzielone w czasie i w województwach. A tymczasem wszystko skumulowane zostało w jednym czasie. Mamy jednak nadzieję, że ktoś zmieni tę decyzję i umożliwi nam działalność. Bo inaczej wielu ludzi straci pracę.

Czytaj także

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

Zobacz koniecznie

Bądź na bieżąco i obserwuj

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie