Żołnierze frontu wschodniego. Ślązacy w Wehrmachcie na nie swojej wojnie. W 80. rocznicę ataku III Rzeszy na ZSRR 22.06.1941

Tomasz Borówka
Tomasz Borówka
Koszary w Gliwicach. Wielu śląskich żołnierzy Wehrmachtu przechodziło tu przeszkolenie i stąd wyruszało na front. Dla wielu była to droga bez powrotu Śląska Biblioteka Cyfrowa
22 czerwca to rocznica ataku nazistowskich Niemiec na ZSRR. W wojnie na froncie wschodnim licznie wzięli udział Ślązacy w Wehrmachcie. Przytłaczająca większość z nich walczyła za obcą sobie sprawę. Wielu nie powróciło, na zawsze spocząwszy w obcej ziemi.

80 lat temu, 22 czerwca 1941 roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Rozpoczęta tego dnia wyniszczająca wojna pomiędzy dwoma totalitaryzmami miała doprowadzić armie Adolfa Hitlera do wrót Moskwy, nad Wołgę i na Kaukaz, by jednak ostatecznie zakończyć się całkowitą katastrofą III Rzeszy wśród ruin Berlina. Wojna ta miała olbrzymie znaczenie dla Polski, od września 1939 roku rozdartej i okupowanej przez dwóch – nazistowskiego i komunistycznego – agresorów. A także dla Polaków, poddanych bezwzględnym represjom i eksterminowanych po obydwu stronach granicy kolejnego rozbioru ich ojczyzny. Konflikt dotychczasowych sojuszników przynosił nadzieję na odbudowę suwerennej Polski. Szansę na nie upatrywano w przewidywanym, wzajemnym wyniszczeniu się obu mocarstw totalitarnych, w wyniku którego w powojennej Europie karty rozdawałby demokratyczny Zachód. Rachuby te, niestety dla Polski, okazały się płonne. Hitlerowsko-sowiecka wojna wywarła swe straszliwe piętno na całym pokoleniu Ślązaków. Chcąc nie chcąc, wzięli oni udział w jej tyleż tytanicznych co nieludzkich zmaganiach.

Arystokraci, naziści i... harcerze

Byli Ślązacy, którzy robili to z przekonania i tradycji. Na wojny toczone przez Austrię, Prusy, a następnie Niemcy ich rody z dziada pradziada wysyłały swoich synów. W dużej mierze dotyczyło to śląskich arystokratów, na czele z najsłynniejszym bodaj z nich Hyazinthem hrabią Strachwitzem. „Panzergraf”, jak go nazywano, był błyskotliwym dowódcą wojsk pancernych i ulubieńcem propagandy III Rzeszy, skądinąd entuzjastycznie i tłumnie fetowanym także w okupowanych Katowicach podczas wizyty w 1944 r. Mimo iż w swych powojennych enuncjacjach Strachwitz sugerował, iż uczestniczył w spisku przeciw Hitlerowi, dowodów na to nie ma – w odróżnieniu od jego niewątpliwego członkostwa w NSDAP oraz SS Reiterei. Nawet jeśli ta ostatnia była organizacją raczej snobistyczną i jako jedyną spośród agend SS nie uznano jej po wojnie za zbrodniczą, to przynależność do niej z pewnością nie daje tytułu do chluby.

Nie da się ukryć, iż wśród walczących na froncie wschodnim śląskich Niemców byli także w pełni zdeklarowani naziści. Za najlepszy przykład posłużyć może postać Georga Joschkego – katowiczanina (choć nie od urodzenia), przedwojennego działacza nazizującej Jungdeutsche Partei i jednego z ważniejszych członków Sonderformation Ebbinghaus w wrześniu 1939 roku (najprawdopodobniej współodpowiedzialnego za niemieckie zbrodnie w Katowicach), a następnie katowickiego kreisleitera NSDAP. W 1941 r. kreisleiter Joschke z niezbyt jasnych powodów zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu, w którym podjął służbę jako prosty żołnierz. Z frontu wschodniego, na którym walczył przez dwa lata, co najmniej pięć razy został ranny i zniszczył dwa czołgi, powrócił w stopniu podporucznika i obsypany odznaczeniami, by kontynuować partyjną karierę na Śląsku (tym razem jako kreisleiter NSDAP w Zabrzu).

Prawem kontrastu w szeregi walczącego na Wschodzie Wehrmachtu trafiali też przedstawiciele najbardziej patriotycznej śląskiej młodzieży II Rzeczypospolitej – harcerstwa. Wielu z nich padło, zabierając ze sobą do grobu niejedną tajemnicę historii – niewykluczone, że ze sławną i po dziś dzień nie rozwiązaną zagadką obrońców wieży spadochronowej w Katowicach na czele. Wśród tych, którzy przeżyli piekło Ostfrontu, był Juliusz Szaflik, który swoje wojenne przeżycia spisał i wydał drukiem we wspomnieniach „Polak w Wehrmachcie”. „W armii niemieckiej, jak w każdej armii, byli ludzie prawi i szuje różnego autoramentu, a na polach bitew zdarzają się rzeczy straszne. Na moje szczęście, jednostka w której służyłem, nie trafiła do najgorszych miejsc bitewnych, a służący w niej żołnierze byli w znakomitej większości przeciętnymi Niemcami a nie ortodoksyjnymi hitlerowcami” – wspominał w przedmowie. Mniej szczęścia miał jego kolega i podobnie jak on harcerz II RP Bolko Vorberg, którego w 1944 r. dosięgła śmierć w płonącym niemieckim czołgu w Prusach Wschodnich.

Ojcowie w mundurach feldgrau

Na ogół bowiem w mundurze Wehrmachtu na froncie wschodnim służyli zwyczajni śląscy chłopcy, mężowie, ojcowie rodzin. Ich tragiczne często losy od lat opisuje, ocalając je w ten sposób przed zapomnieniem, znany pisarz i regionalista Alojzy Lysko. Jego ojciec również należy do tych wielu Ślązaków, którzy nigdy nie wrócili w ojczyste strony i między bliskich, a których anonimowe często mogiły rozrzucone są wzdłuż frontu długości kilku tysięcy kilometrów, ciągnącego się od kręgu polarnego aż po Kaukaz. Lysko po niełatwych poszukiwaniach odnalazł i odwiedził miejsce spoczynku ojca. Żołnierzom Wehrmachtu z jego rodzinnej ziemi pszczyńskiej poświęcił swoją przełomową, jedną z najważniejszych i poruszającą do głębi książkę „To byli nasi ojcowie”. W przedmowie do niej napisał: „Wojna oblekła naszych ojców w mundury feldgrau, dała im broń i przymusiła do walki. Wojna była przyczyną ich życiowych tragedii: dla jednych kalectwa, niewolniczej pracy, pogardy, zepchnięcia na margines życia, dla drugich – śmierci na polu walki lub straszliwej śmierci w sowieckich łagrach. Lecz wojna, zarówno tym, co przeżyli, jak i tym, co padli, nigdy nie odebrała człowieczeństwa, nie pozbawiła sumień, nie zagasiła serc. Do końca pod żołnierskimi mundurami kryli się prości chłopcy śląscy, świadomi swej godności i pochodzenia”.

Poborowy ze Śląska był w Wehrmachcie uważany za cennego rekruta. A już szczególnie górnik. W swoim znakomitym studium „Polacy w Wehrmachcie” historyk prof. Ryszard Kaczmarek cytuje opinię niemieckiego naukowca z 1943 roku, miejscami brzmiącą niczym laudacja: „Odwaga jest pierwszą właściwością wojownika. Górnik musi codziennie wykazywać odwagę wobec osobistego niebezpieczeństwa; odwagę należy uznawać za konieczny stan, a nawet za przesłankę jego pracy i za drugą naturę. Miłość do stron ojczystych, zachwyt, cześć okazywana przełożonym pozwalają mu ponadto z łatwością na tym fundamencie dokonać czynów dowodzących bezprzykładnej dzielności. Żołnierz górnośląski przez to, ze wyrastał w kopalniach i hutach, jest przygotowany od dzieciństwa »na wysiłek fizyczny i cierpienia« związane z wojną, dzięki czemu łatwo znosi jej niedogodności. Z często manifestowanej odwagi wynika w sposób konieczny determinacja, jako że choćby najmniejsze wahania w kopalni czy hucie, czego uczy codzienne doświadczenie, zgubne jest dla ludzi i materiału, stąd należy działać zgodnie z rozumem i obowiązkiem szybko i zdecydowanie, a jedynie przytomność umysłu może zapobiec nieszczęściu. Ta żołnierska wyjątkowa zdolność i skuteczność uzupełniona jest wspomnianą uczuciowością i siłą psychiczną”.

Mimo tego Górnoślązacy z DVL 3 (czyli ogromna ich większość, nie mówiąc już o tych z DVL 4 czy w ogóle bez Volkslisty, bo tacy też bywali) nie mogli liczyć na jakąś oszałamiającą karierę w Wehrmachcie i dosłownie żaden jej w niemieckim wojsku nie zrobił.

Nie przeocz

Cytowany uprzednio Alojzy Lysko dotyka jeszcze jednego problemu – tragedii Ślazaków w sowieckiej niewoli. Gustlik Jeleń z serialu „Czterej pancerni i pies” (postać fikcyjna, lecz unieśmiertelniona fenomenalną kreacją aktorską Franciszka Pieczki), który po dezercji z Wehrmachtu trafił w szeregi polskiej Armii Berlinga, miał nieprawdopodobne wprost szczęście. Realia były niestety inne. Jak pisze historyk prof. Paweł Wieczorkiewicz o losie „ok. 40 000 jeńców wojennych, mieszkańców obszarów wcielonych do Rzeszy, którzy szli do Wehrmachtu z poboru, nierzadko pod przymusem” (czyli w tej liczbie i Górnoślązakach): „Nie mieli, jak w PSZ, szansy służby frontowej, możliwości tej odmówił im bowiem osobiście Stalin jeszcze w czasach poprawnych stosunków z rządem RP. W rezultacie musieli znieść kilka lat katorżniczej, niewolniczej pracy, nim pozwolono im powrócić do kraju”. Wyjątków od tej reguły nie było wiele i jeżeli się pojawiały, wynikały ze szczęśliwego przypadku. Jeden z nich stał się udziałem Jana Herisza. Jak opisuje Alojzy Lysko, ten wzięty do niewoli przez rosyjskiego żołnierza mieszkaniec Szopienic został doprowadzony do dowódcy, którym – co zakrawało na cud – okazał się jego kolega z Chorzowa. Znajomy niezwłocznie i zapewne nie powiadamiając o całej sprawie swoich zwierzchników, przebrał Herisza w sowiecki mundur, po czym wcielił go do swojego oddziału. Zważywszy ponure perspektywy, rysujące się przed jeńcem, stanowiło to opcję niespodziewanie dlań atrakcyjną.

Nie byli żołdakami

Wojna na Wschodzie była piekłem. „Cudem przeżyliśmy – opisuje swoje wcześniejsze frontowe doświadczenia Jan Herisz. – Którejś nocy nas zluzowali. Kto miał jeszcze siły, aby iść i nie spać – oglądał rano straszne obrazy. Trupy, trupy, wszędzie trupy… Krew, krew, wszędzie pełno krwi. Jęki, błagania, zwierzęcy krzyk, jakieś rzężenie, rozpaczliwy płacz, przerażające wycie… Dźwigające się do góry ręce, jakby proszące o pomoc, spazmatyczne drgawki umierających, wybałuszone oczy tych, którzy się już wyzwolili, wykrzywione usta, zastygłe pokracznie ciała poległych, strzępy ludzkie, ruda miazga krwi, ziemi i szmat”...

Wojnę tę cechowało także wyjątkowe barbarzyństwo wobec ludności cywilnej. Odpowiedzialność za niemieckie zbrodnie wojenne spada nie tylko na SS, ale i na Wehrmacht, który miał w nich swój niesławny udział. Przyznają to sami Niemcy, od historyków jak Sönke Neitzel, po twórców głośnego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którzy choć obecną w nim tematykę polską potraktowali po amatorsku i momentami wręcz oburzająco, to trzeba przyznać, iż rzetelnie przedstawili degenerację psychiki i osobowości prostego żołnierza, nie tylko desperacko walczącego o przeżycie, ale i z rosnącą obojętnością posłusznie wykonującego zbrodnicze rozkazy. Prawdopodobnie pozostanie bez odpowiedzi pytanie, jak często w tego rodzaju sytuacjach znajdowali się Górnoślązacy w niemieckich mundurach i jakie decyzje podejmowali stając na podobnych, moralnych rozdrożach. Alojzy Lysko uważa, że w nieludzkich nawet okolicznościach nie zatracali swego człowieczeństwa. „Poszli na wojnę, siłą wyrwani z rodzinnych gniazd – pisze. – Wychowani bogobojnie i prawomyślnie, według sprawdzonych reguł moralnych obowiązujących w rodzinach śląskich, nie byli, bo nie mogli być żołdakami. Byli naszymi ojcami, mężami naszych matek, synami naszych babć i dziadków, braćmi – wszyscy w niewielkim środowisku wiejskim dobrze rozpoznani jako ludzie”.

Jeżeli jakiegoś dnia w roku Ślązacy powinni szczególnie czcić pamięć swoich przodków, którzy w mundurach Wehrmachtu wyruszyli na zatracenie – to dniem tym mógłby być właśnie 22 czerwca.

Zobacz koniecznie

Musisz to wiedzieć

Religia i etyka w szkole. Kto ma kształcić nauczycieli etyki?

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

C
Chrobok

Szanowny Panie Redaktorze!

Nie tylko dla Slazakow - zolnierzy Wehrmachtu - ale i dla mlodych ludzi z innych prowincji Rzeszy, Barbarossa byla nie ich wojna. A w ogole - czy mozna rozrozniac miedzy "swoja" a nieswoja" wojna?

M
MAX

Nie podoba mi sie tez "zawezenie" losów wojennych tylko do niemieckiego munduru i do dezercji WH-->Anders itp. Bo byla cala masa innych "sciezek bojowych", równiez "niekonwencjonalnych", ale niewystepujacych w tej tepej, propagandowej narracji oficjalnej polskiej.

Przyklad: niektórzy Slazacy zaciagnieci do polskiego wojska w 1939 (czy ktokolwiek dobrowolnie, tego pytania Autor juz nie stawia) byli potem, podczas "wcofywania sie na uprzednio wybrane pozycje" na wschodzie - jesli przedtem nie zostali pojmani lub nie zdezertowali lub nie zmeinili strony/munduru - a pozostali lojalni, byli fest szykanowani, niektórzy zostali zlinczowani przez wschodnipolska ludnosc cywilna, bo widziano w nich niemieckich agentów, czesto z powodu (wy)mowy (niezaleznie od ich narodowosci czy "nastawienia") ! Osobiscie znam taki przypadek z Chorzowa, szokujace tymbardziej, ze jego polscy kamraci mu nie pomogli (byc moze ze strachu).

M
MAX

Mólbym z wieloma argumentami polemizowac. Chocby "nie mogli liczyć na jakąś oszałamiającą karierę w Wehrmachcie i dosłownie żaden jej w niemieckim wojsku nie zrobił." No to prosze, facio ledwo-ledwo po niemiecku - a najbardziej 'udekorowany', haha (nie zebym byl dumny, przerazenie): http://www.lexikon-der-wehrmacht.de/Personenregister/B/BialetzkiA.htm I oczywiscie byli tez znacznie wyzsze "rangi", ze szkól (pod)oficerskich, ale tez na frontach. To stara bajka, ze Slazakom nie ufano i byli pomijani przy "beförderungu".

M
MAX

Doceniam "odwage" Autora, który podejmuje trudne i "gorace" tematy., pozdrawiam. Ale wiele punktów mi sie nie podoba lub mnie nie przekonuje. Razi tez "klatka starych konwencji myslowych" typu: (pro)polscy Slazacy okreslani jako "patrioci", a np. von Strachwitz albo Joschke juz nie moga nimi byc, jak zwykle. itp.itd.

Dodaj ogłoszenie