Człowiek na balkonie. Gino Busi - zapomniany bohater historii Katowic, czyli kto zrobił tajemnicze zdjęcia z września 1939 roku

Tomasz Borówka
Tomasz Borówka
Ta fotografia grupy skazańców, prowadzonych na egzekucję 4 września 1939 roku, została wykonana z kamienicy przy ulicy 3 Maja 23
Ta fotografia grupy skazańców, prowadzonych na egzekucję 4 września 1939 roku, została wykonana z kamienicy przy ulicy 3 Maja 23 IPN Katowice
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
„Wydaje się, że pozostanie tajemnicą, kto wykonał zdjęcia obrońców ziemi śląskiej, prowadzonych na rozstrzelanie ul. 3 Maja w dniu 4 września 1939 roku w Katowicach” - stwierdził przed laty historyk Andrzej Szefer, komentując jedną z największych zagadek historii Katowic. Wydaje się, że przynajmniej częściowo zdołałem ją rozwikłać i nazwisko jednego z fotografów tajemnicą być przestało.

4 września 1939 roku po południu Niemcy prowadzą w Katowicach na egzekucję grupę więźniów. Podczas gdy skazańcy maszerują pod eskortą uzbrojonych bojówkarzy ulicą 3 Maja, na balkonie jednej z kamienic ktoś stoi. To człowiek z aparatem fotograficznym. Kiedy znajdują się niemal na wysokości dzisiejszej Galerii Katowickiej, gdzie mijają grupę niemieckich żołnierzy, fotograf naciska spust migawki. Wygląda na to, że nikt nie zaprząta sobie nim głowy, bo uwagę niemal wszystkich osób na ulicy zaprzątają więźniowie i ich straż. Człowiek na balkonie przewija więc spokojnie film i kilka, najwyżej kilkanaście sekund później robi drugie zdjęcie. Pochód skazańców oddala się w kierunku rynku. Po upływie niewielu minut wszyscy ci ludzie będą już martwi. Niemcy rozstrzelają ich w podwórzu kamienicy nad Rawą. Tego dnia podobny los spotka w Katowicach wielu ludzi. Dokładna liczba zamordowanych nie jest znana – ale bez wątpienia trzycyfrowa.

Odbitka w drodze do Paryża

Wkrótce później ktoś zaczyna doręczać bliskim ofiar odbitki zrobionych z balkonu zdjęć. Rodzinie Nikodema Renca, który szedł na czele uwiecznionej na fotografii grupy, dostarcza je tajemniczy, nieznajomy mężczyzna. Żona Aleksandra Rzeszótki znajduje fotografię podrzuconą w skrzynce na listy. Wraz z kartką, na której „napisano, że to zdjęcie jest zrobione z dachu” (co zapewne miało zapobiec ujawnieniu prawdziwego miejsca, z którego je wykonano), a także, iż „przesłane zostało do Francji”. Podobnie jest w przypadku rodziny Franciszka Feigego. Także i tu ktoś wrzuca do skrzynki pocztowej fotografię z dopiskiem „odbitka jest w drodze do Paryża”. Co znamienne, możliwe że ani Rzeszótki, ani Feigego na doręczonej ich bliskim fotografii wcale nie ma. Najwyraźniej ktoś, kto stał za akcją informowania rodzin ofiar, znał nazwiska tych powszechnie kojarzonych, zamordowanych polskich patriotów, ale wcale nie wiedział, jak wyglądali ci ludzie. Za to w posiadanie adresów mógł wejść bez najmniejszego kłopotu, gdyż figurowały one w łatwo dostępnych, miejskich księgach adresowych. Kim był ten człowiek, bądź w czyim działał imieniu?

Po gruntownym rozważeniu wszystkich możliwości, wykluczyć należy, by fotografowanie skazańców było dziełem polskiej, konspiracyjnej organizacji. Kadry Polski Podziemnej na Śląsku 4 września nie zaczęły się jeszcze formować. Wielu ich przyszłych członków opuściło Katowice wraz z wycofującym się wojskiem lub w szeregach uchodźców. Nieliczni, którzy pozostali na miejscu (zwłaszcza jeśli wcześniej stawiali Niemcom opór z bronią w ręku), tego katastrofalnego dla polskich patriotów popołudnia raczej już przebywaliby w bezpiecznej kryjówce, niż wystawali na balkonie czy w oknie z aparatem fotograficznym w ręku. Autorem fotografii musiał więc być kto inny.

Agenci Gestapo i polscy konspiratorzy?

Przyglądając się szczegółom zdjęć, takim jak widoczne na nich fasady kamienic i sklepowe szyldy, ustalić można, że fotograf zrobił je z kamienicy przy 3 Maja 23. Pod tym adresem mieścił się m.in. konsulat Republiki Francuskiej. Rzecz jasna, 4 września 1939 żadnego Francuza od dawna tam nie było. Francja w tym czasie była już w stanie wojny z Niemcami, którą wypowiedziała jej poprzedniego dnia. Co więcej, personel francuskiego konsulatu ewakuował się z Katowic jeszcze wcześniej. Wiemy o tym m.in. z relacji znanej brytyjskiej dziennikarki, Clare Hollingworth, przebywającej w tym czasie w Katowicach. Opuściła je 2 września wraz z pracownikami konsulatów brytyjskiego i właśnie francuskiego. Szarmancki konsul III Republiki zaopatrzył Angielkę na drogę w skrzynkę szampana.

Lokal francuskiego konsulatu w oczywisty jednak sposób wzbudzać musiał zainteresowanie niemieckich służb specjalnych. Wraz z okupującą Katowice 239 Dywizją Piechoty Wehrmachtu przybyli do miasta funkcjonariusze tajnej policji Gestapo. To praktycznie pewne, że na liście interesujących ich obiektów był również konsulat francuski i w związku z tym łatwo sobie wyobrazić, jak w trakcie przeprowadzanej rewizji któryś z agentów Gestapo fotografuje scenę rozgrywającą się na ulicy za oknem. I do tego tak się składa, że takie zdjęcia mogły zostać później wykradzione przez polskich konspiratorów.

Mimo iż trudno mówić o istnieniu jakiejkolwiek zorganizowanej konspiracji w Katowicach już 4 września 1939, struktury podziemia zaczęły się w mieście formować stosunkowo szybko. Jedną z pierwszych organizacji konspiracyjnych była „Ku Wolności”, założona w październiku 1939. W grudniu dwóm jej członkom, Pawłowi Chruszczowi i Alojzemu Czernemu, udało się dokonać dość niezwykłego wyczynu. Zatrudnieni w siedzibie Gestapo na ulicy Powstańców przy pracach konserwatorskich sieci telefonicznej, pracowali w tamtejszych biurach również wieczorami, bywając w nich zupełnie sami. Korzystając z okazji, skradli z biurek gestapowców szereg dokumentów śledztw, prowadzonych przeciwko działaczom przedwojennych polskich organizacji, m.in. znanej harcerce Wandzie Jordan-Łowińskiej. Wśród tej wykradzionej dokumentacji miały być również… fotografie. Jakie? Czyżby i te, które hipotetyczni agenci gestapo zrobili prowadzonym 3 Maja skazańcom?

Chyba jednak nie. Wprawdzie chronologicznie można to od biedy dopasować do relacji Marii Noras (z domu Renc), według której tajemniczy doręczyciel zdjęć miał stanąć u drzwi jej rodziny pół roku po wydarzeniach (miałoby to więc miejsce około początku marca 1940). Kompletnie jednak nie pasuje to do tego, co zapamiętała Aleksandra Goszyk (z domu Rzeszótko), a mianowicie, że fotografie znalazły się w skrzynce na listy jej matki już kilkanaście dni po śmierci ojca. Zaś w przypadku żony Feigego miało to ponoć miejsce jeszcze prędzej, po upływie zaledwie kilku dni. Potajemne doręczanie fotografii rodzinom ofiar września 1939 roku w Katowicach wydaje się więc nie mieć nic wspólnego z zainicjowaną dopiero znacznie później akcją „Ku Wolności”, nawet jeśli (kolejny podziwu godny wyczyn!) dwaj inni jej członkowie, Franciszek Galbierz i Henryk Dawid, w styczniu 1940 roku po odważnej wyprawie przez kilka granic zdołali przedostać się do Francji. Jednak zdjęcia z 3 Maja nie w taki sposób powędrowały nad Sekwanę. Dlaczego?

Prawda ukryta w detalach

Otóż szczegółowa analiza fotografii prowadzi do wniosku, że nie mogły one zostać wykonane z francuskiego konsulatu przy 3 Maja 23. Ten bowiem mieścił się na pierwszym piętrze. Fotograf zaś ewidentnie przebywał wyżej. Świadczy o tym cały szereg widocznych na zdjęciu detali. W jego lewym górnym rogu widać podłogę balkonu na trzecim piętrze 3 Maja 21, a więc autor zdjęcia niewątpliwie jest nieco niżej. Z kolei na pierwszym planie widzimy poniżej fotografa druty elektryczne i podtrzymujące je wysięgniki. Te wprawdzie już dawno temu zdemontowano, są jednak możliwe do umiejscowienia na podstawie zdjęć z lat 30. i 40. XX wieku. Na fotografii zrobionej z pierwszego piętra pod kątem w dół wysięgnik z drutami byłby niewidoczny. Z kolei fakt, że na zdjęciu z 1939 r. widać w perspektywicznym skrócie ścianę frontową numeru 21, świadczy o tym, że fotografowano z miejsca wystającego nieco przed lico muru. A zatem najprawdopodobniej fotograf stał na balkonie, nie zaś w mocno karkołomny sposób wychylał się z okna. Wszystko to wiedzie do konkluzji, że fotografia została zrobiona z balkonu na drugim piętrze. Czyli bynajmniej nie z francuskiego konsulatu, mieszczącego się – jak już wspomniano – piętro niżej (gdzie, nawiasem mówiąc, nie było żadnego balkonu). Co jednak ciekawe, nie był to jedyny konsulat przy 3 Maja 23.

Konsulat Italii

Drugim konsulatem był konsulat włoski. W odróżnieniu od innych placówek dyplomatycznych w Katowicach, we wrześniu 1939 roku nie przerwał on swej działalności, kontynuując ją nawet po zajęciu miasta przez Wehrmacht i wcieleniu polskiej części Górnego Śląska do III Rzeszy. Faszystowskie Włochy były wprawdzie jej sojusznikiem, związanym z Niemcami m.in. paktem antykominternowskim i paktem stalowym. Jednak przyjaźń Mussoliniego z Hitlerem przeżywała właśnie kryzys w związku z dyplomatyczną woltą niemieckiego dyktatora w postaci układu Ribbentrop-Mołotow. W konflikcie z Polską Duce Führera więc nie poparł. Mało tego, początkowo przybrał wręcz postawę mediatora, licząc na to, że jako pośrednik między stronami konfliktu zdoła wykorzystać nadarzającą się sposobność, by przy okazji ugrać coś dla Italii. Zabiegi te z racji bezkompromisowej postawy Hitlera całkowicie spaliły na panewce. Mimo jednak pewnego ochłodzenia stosunków między Rzymem a Berlinem, Włochy wciąż uważano za państwo przyjazne wobec Niemiec i dlatego nie ma się co dziwić temu, że w dniu napaści Hitlera na Polskę niemiecki konsulat w Katowicach oddano pod opiekę włoskiego konsula w tym mieście.

Konsul włoski w Katowicach nazywał się Gino Busi. Swoje stanowisko objął stosunkowo niedawno, bo zaledwie 25 kwietnia 1939 roku. Opiekę nad niemieckim konsulatem potraktował widać poważnie i wywiązał się z niej w sposób należyty, skoro w 1941 roku III Rzesza nagrodziła go w związku z tym wysokim odznaczeniem państwowym, jakim był Krzyż Zasługi Orderu Niemieckiego Orła I klasy. Zarazem jednak – o czym już Niemcy nie mieli pojęcia – konsul Italii Gino Busi zajmował się potajemnie działalnością diametralnie wręcz inną, za którą Rzesza nagrodziłaby go w najlepszym razie uznaniem za persona non grata. Od samego początku okupacji Katowic raz po raz donosił swoim przełożonym o niemieckim terrorze i represjach. Stanisław Sierpowski, historyk badający stosunki polsko-włoskie w latach 1918-1940, opisuje to następująco: „Konsul włoski w Katowicach informował ambasadę w Berlinie i Palazzo Chigi o zaskakującej go woli walki, jaką obserwował wśród ludności polskiej. Nie zamierzała ona ugiąć się przed najeźdźcą. »Powstańcy (insorti), wśród których znajdowali się autentyczni bohaterowie, wzięci do niewoli z bronią w ręku lub w warunkach zbliżonych, byli natychmiast rozstrzeliwani«. Mimo ostrych represji, walki w Katowicach toczyły się jeszcze po 11 dniach od zajęcia miasta, uniemożliwiając funkcjonowanie poczty i kolei. Polacy, którzy pozostali w mieście, zdecydowani byli »bardziej niż kiedykolwiek przetrwać«”. Raportów włoskiego konsula utrzymanych w podobnym tonie, wyraźnie współczującym sytuacji ludności pod hitlerowską okupacją, jest więcej. Oto fragment kolejnego z nich: „Policja jest czujna i aktywna. Obywatele polscy traktowani są w sposób surowy, szczególnie w wypadku podejrzenia o uczucia antyniemieckie. W takim przypadku, niezależnie od pochodzenia społecznego, są aresztowani i wysyłani do Niemiec, do obozów koncentracyjnych lub do prac polowych. (…) Przeciwko Polakom, którzy nie dostarczyli przekonywujących dowodów swojej lojalności wobec Niemiec, stosuje się kary różnego typu (...). Zabroniono również mówienia po polsku na ulicach i w sklepach, co jednak siłą rzeczy nie jest zbyt przestrzegane. Nieporównywalnie gorsze jest traktowanie Żydów; zostali oni całkowicie wyłączeni z życia cywilnego i handlowego, a ich dobra majątkowe i depozyty bankowe zostały skonfiskowane w całości. W Katowicach pozostały tylko kobiety żydowskie. Mężczyźni zaś zniknęli i nikt nie wie dokąd zostali wysłani. (…)”. W innym raporcie Busi donosi o aresztowaniu krakowskich profesorów. To między innymi w efekcie pochodzących od niego informacji włoska dyplomacja i sam Mussolini oficjalnie włączą się w międzynarodową akcję, mającą na celu zwolnienie wybitnych naukowców Uniwersytetu Jagiellońskiego z obozu koncentracyjnego.

Nielegalne wizy, tajne kontakty

Gino Busi nie poprzestaje na sprawozdawczości. 4 września 1939 nad ranem tymczasowe schronienie w podwojach jego konsulatu znajdują polscy żołnierze i członkowie samoobrony – rozbitkowie z ostatniego wycofującego się z Katowic oddziału WP. Zostają tam zaopatrzeni w cywilne ubrania, mające im pomóc w bezpiecznym opuszczeniu kontrolowanego już przez Wehrmacht i niemieckich bojówkarzy miasta. Zapewne dzieje się to nie bez wiedzy konsula, który wkrótce osobiście zaangażuje się w dwa inne, zgoła już nielegalne przedsięwzięcia. Po pierwsze, w roku 1940 Busi, wystawiając wizy do Włoch znanemu rabinowi z Łodzi i zarazem czołowej postaci ruchu syjonistycznego Markusowi Braude oraz jego żonie, umożliwia im wyjazd z okupowanej Polski. Łódzcy Żydzi po ryzykownej podróży przez Rzeszę docierają do bezpiecznych jeszcze wówczas Włoch, najpewniej unikając w ten sposób śmierci w piekle Holokaustu. Po drugie, to właśnie za pośrednictwem włoskiego konsulatu w Katowicach kontaktuje się z rządem generała Władysława Sikorskiego we Francji biskup katowicki Stanisław Adamski, starający się (nie bez sukcesu) pozyskać polskie władze emigracyjne dla swej idei zachęcania Górnoślązaków, by w celu bezpiecznego przetrwania okupacji deklarowali narodowość niemiecką. To bardzo ważny ślad, świadczący o udostępnieniu przez włoskiego konsula swego kanału dyplomatycznego dla łączności między Katowicami a rządem paryskim. Zarazem budzi to nieodparte skojarzenia z owymi odbitkami zdjęć, będącymi jakoby w drodze do Francji czy Paryża właśnie, co stanowiło przecież w owym czasie synonim władz polskich na emigracji. Możliwość użycia tego samego kanału, co wykorzystany przez biskupa Adamskiego, do wysłania na Zachód fotografii z 3 Maja nasuwa się tu w sposób oczywisty. I zarówno to, jak też samo wykonanie tych zdjęć bez większych wątpliwości można przypisać jednej, ściśle określonej osobie.

Człowiek z aparatem

Udział Gina Busiego w dystrybucji fotografii z 3 Maja jest więc praktycznie pewny. Obserwacja niemieckiego terroru, pomoc świadczona Polakom i Żydom, potajemne kontakty z rządem Sikorskiego, a wreszcie samo miejsce wykonania zdjęć, to pasujące do siebie elementy jednej i tej samej układanki, z której wyłania się wymowny obraz bardzo nieprzeciętnego dyplomaty. Czy możemy jednak z podobną pewnością przypisać mu samo autorstwo tych fotografii? Czy to on sam patrzył przez wizjer aparatu na przechodzących pod jego oknami skazańców?
Tak. Jest to bardzo możliwe, a właściwie również niemal pewne. Włoski konsulat w Katowicach, mimo szumnej rangi konsulatu zawodowego (jedynego takiego w Polsce), nie stanowił dużej placówki. Cały włoski korpus dyplomatyczny w II RP nie był liczny, włącznie z ambasadorem składając się u progu wojny z zaledwie jedenastu osób, z czego sześciu w Warszawie. Gino Busi był jedynym jego przedstawicielem w stolicy województwa śląskiego. Rzecz jasna, konsulaty zatrudniały też pracowników bez statusu członka korpusu dyplomatycznego, nawet obcokrajowców. Wiele jednak wskazuje na to, że krytycznego 4 września tacy pracownicy w ogóle na 3 Maja 23 nie dotarli. Poruszanie się po mieście było ryzykowne, publiczna komunikacja sparaliżowana. Według relacji Jana Malcherczyka, jednego z polskich rozbitków szukających schronienia w konsulacie, poza samym konsulem znajdowały się tam jedynie trzy – cztery kobiety. Jedna z nich mówiła po niemiecku, dwie były Polkami i można dopatrywać się w nich służby domowej, najpewniej zamieszkującej na miejscu. W naszych czasach zdjęcia, lepsze czy gorsze, robimy wszyscy. W roku 1939 tak nie było. Należy sądzić, iż tylko jedna osoba z tej garstki przebywających w konsulacie bez cienia wątpliwości obyta była z fotografowaniem, umiejętnością niezbędną dyplomacie na samodzielnym stanowisku, który siłą rzeczy musi też osobiście parać się działalnością o charakterze szpiegowskim. Dlatego też z prawdopodobieństwem na granicy pewności orzec można, że stojącym na balkonie człowiekiem z aparatem był nie kto inny, jak sam konsul Italii na obszar województw śląskiego, kieleckiego i krakowskiego z siedzibą w Katowicach, Gino Busi.

***

Upadek faszyzmu we Włoszech i koniec drugiej wojny światowej nie przerwały kariery dyplomatycznej Gina Busiego. Nim w 1951 roku przeszedł na emeryturę, sprawował jeszcze urząd konsula w Marsylii i Metzu, a nawet w dalekim Rio de Janeiro. Zmarł w roku 1961. Jego katowickie dokonania pozostają znane w zasadzie wyłącznie historykom, a i to z reguły fragmentarycznie. Ironia śląskiej historii sprawiła, że propolska i de facto antyhitlerowska aktywność Busiego nigdy nie doczekała się uhonorowania, a jedyne odznaczenie przyznane mu za działalność podczas urzędowania w Katowicach otrzymał od Adolfa Hitlera.

Mięsożerni mężczyźni bardziej szkodliwi

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Alszer

A skad byl ten "zakatowany slaski patriota ?

"slaski dzialacz" aptekarz Baranowski ?

Jak to bylo ? Z Bydgoszczy ? NC

Dodaj ogłoszenie