Dr Zbigniew Nawrat: Serce zawsze gra w zespole

Marlena Polok-Kin
Z dr Zbigniewem Nawratem, dyrektorem naukowym Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, kierownikiem Pracowni Biocybernetyki, laureatem Miodu Polski Dziennika Zachodniego 2009.

Polska Dziennik Zachodni: Sztuczne serce, robot kardiochirurgiczny, do tego wykłady z zupełnie nowego przedmiotu: sztuczne narządy, konferencje, kawiarnia naukowa - długo by wymieniać. To wszystko pana dzieła, bądź przedsięwzięcia, w których uczestniczysz. Co pana gna, napędza?
Zbigniew Nawrat: Rzeczy naprawdę wielkie robimy z ciekawości, naprawdę ważne - z chęci pomocy drugiemu człowiekowi. Moje życie zmieniło spotkanie z prof. Zbigniewem Religą. Dowiedziałem się dzięki niemu, co tak naprawdę chcę w życiu robić. Profesor uwierzył w nas, dał nam samodzielność. A wszystko potem było już i jest tego konsekwencją. Dostałem szansę i pracuję w miejscu, które jest wyspą, gdzie pracujemy także dzięki innym ludziom, bo dzięki hojności sponsorów.

Pamięta pan swoje pierwsze spotkanie z profesorem Religą?
Jasne! Romek Kustosz, elektronik aparatury medycznej, przedstawił mnie jako specjalistę fizyka, który będzie robił laboratorium. Dotąd z powodzeniem wymyślałem wzory, uczyłem studentów. Ale kusiło mnie nowe zajęcie. Trafiłem na początek, więc wszędzie do dzisiaj widać moje ślady.

Nie odpowiadała panu spokojna praca na uczelni?
Jestem fizykiem po Uniwersytecie Śląskim. Jako fizyk teoretyk zajmowałem się wielką unifikacją, czyli próbą generalnej odpowiedzi dlaczego wszystko jest takie jakie jest. Zawsze poszukiwałem swojej drogi i zawsze jednak pasjonowały mnie zagadnienia związane z życiem. Po studiach zacząłem pracować w katedrze biofizyki w Rokitnicy. Przez pięć lat zajmowałem się tam pracami naukowymi związanymi z membranami. Od Witka Gwoździa, wówczas studenta pierwszego roku medycyny, dowiedziałem się, że jest organizowana Pracownia Sztucznego Serca. Okazało się, że angażuje się w to Romek Kustosz, którego znałem jeszcze z harcerstwa. Pomyślałem: dlaczego nie? Poszukiwałem zawsze dla siebie miejsca, pomiędzy lekarzem a jego pacjentem. Kiedy się zatrudniałem w Pracowni Sztucznego Serca, miałem dystans do tego, co się dzieje na stole operacyjnym. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym pracować poza laboratorium.

Dlaczego? Nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam, jak podczas warsztatów ze studentami przynosis pan wiadro zakrwawionych świńskich serc i pokazuje, jak wszywać zastawkę...
(śmiech). Miałem się przecież zajmować biofizyką, daleko od spraw związanych z leczeniem. Pytałem więc na pierwszej rozmowie profesora Religę, czy mogę nie pracować w klinice. Profesor przytaknął, że oczywiście, ale za tydzień już byłem na sali operacyjnej. I nigdy już nie próbowałem wykorzystać tej jego zgody.
Dlaczego zmienił pan zdanie? Obawiał się pan profesora?
Nie, po prostu sala operacyjna zafascynowała mnie. To niewyobrażalne wprost skupienie kilkunastoosobowego zespołu, pochylonego nad wspólną sprawą. By to zrozumieć, trzeba znać logikę sali operacyjnej, poddawać się jej. To jest piękna praca zespołowa. Wiadomo, kto rządzi przy stole, ale musisz się pokapować, gdzie jest twoje miejsce i jakie masz zadanie do wykonania, czego od ciebie oczekują. Sukces zależy od gry zespołowej. Jak w meczu - jeden broni, ktoś inny atakuje, innemu przypada rola rozgrywającego.

Czyli pradoksalnie - okazało się, że życiowa przygoda zaczęła się właśnie w tym miejscu, przed którym się pan bronił. Co konkretnie robiliście?
Na początku pracowaliśmy we dwójkę. Wszystkiego nauczyłem się od Romka Kustosza, który pracował wcześniej jako perfuzjonista. Musiałem poznać wiele zagadnień z praktyki medycznej. Profesor powołał nasz zespół, kiedy na ratunek sprowadzał sztuczne serca z ośrodków Moskwie i z Brna (ten już nie istnieje, od nas chcą kupować komory wspomagania serca). Dyżurowaliśmy przy pacjentach dniami i nocami, na zmianę. Spędziłem przy łóżku pacjentów kilka tysięcy godzin w różnych sytuacjach, także tragicznych, najtrudniejszych, stając na granicy, której lekarze przekroczyć nie mogli. Prof. Religa traktował nas jako partnerów, musieliśmy komory wypełnić płynem, dołączyć je do kaniul połączonych z sercem pacjenta. Na chwilę stawaliśmy u boku profesora, drugi z nas uruchamiał sterownik. Kręcąc gałkami, ustawiając przyciski, od nas zależało, ile krwi pompowały komory serca. I kiedy po raz pierwszy udało się wspomaganie niemiecką pompą Berlin Heart, człowiek przeżył, kiedy usłyszałem dźwięk elektrowstrząsów i pi-pin-pi-pin, gdy ruszało serce po transplantacji, to jest uczucie, jakbyś wygrała ligę mistrzów.

Gra zespołowa, bardzo to cenisz. Tego nauczył się pan od prof. Religi?
Profesor cieszył się naszymi sukcesami, wspierał nas i nigdy nie miałem wrażenia, że to jest praca najemna. A przecież początki były w zupełnie innych czasach. Schyłek lat osiemdziesiątych. Nie było telefonów, niewielu miało samochody. Z początku pracowaliśmy w Ochojcu (Pracownia Sztucznego Serca była w katedrze kardiochirurgii), bo nie było pomieszczenia w Wojewódzkim Ośrodku Kardiologicznym w Zabrzu. Więc trudności komunikacyjne były niewyobrażalne. Ale nikt z nas nie liczył czasu. Pamiętam wiele takich sytuacji: jest sobota, jestem u siebie w domu w Zabrzu. Wchodzę na drabinę, chciałem pokój malować. Ledwie zamoczyłem pędzel w farbie, puka sąsiadka do drzwi. Dzwoni profesor Religa - mówi. Trzeba pilnie jechać - będziemy wszczepiać komory wspomagania serca. Innym razem w tej samej sprawie - przyszła do mnie policja. Co ciekawe, takie niespodziewane sytuacje wynikały zawsze w jakieś święto. Albo 3 maja, 9 maja, albo tuż przed wigilią (śmiech).
W końcu jednak zbudowaliście laboratorium pracowni sztucznego serca, wreszcie mieliście już własną komorę, zabrzańską którą skonstruowałeś - POLVAD. Roman Kustoszem do dzisiaj kieruje pracami nad sztucznym sercem. Trudno tę długą i ciekawą historię zamknąć w kilku zdaniach.
Rzeczywiście, a ja do dziś pamiętam obliczenia i pierwsze rysunki, mam przekonanie że opracowałem nie tylko bardzo użyteczny (geometria komory rozwiązuje kilka problemów związanych z ryzykiem wykrzepiania krwi), jak i piękny. Uruchomienie produkcji wiązało się z dużym wkładem pracy naszego starszego kolegi chemika - inż. Bogdana Stolarzewicza. Wdrożenie tych komór także związane było z ogromnymi emocjami. Uratowaliśmy człowieka, potem rozmawialiśmy z nim, siedzieliśmy przy jego łóżku. Był rok 1991. Komora jest do dziś ta sama, zmieniają się tylko sterowniki.

Teraz ma pan obowiązki szefa. Korzystasz pan z wzorców prof. Religi?
Pracujemy jak w zespole jazzowym, w którym każdy ma swoje solo, ale ja nadaję motyw przewodni. Kiedy jest moment na solo na bębnie, to się cofa reszta, a do przodu wychodzi perkusista. I tak po kolei. Razem stanowimy zespół. Tak było ustanowione przez profesora i to się zawsze doskonale sprawdzało.

Jak się zaczęła przygoda z robotami medycznymi? Przecież to całkowicie autorska konstrukcja, robiliście je od zera. Kto pana zainspirował?
W 1998 znalazłem się na konferencji, na którą przyjechał słynny Friedrich Mohr z Lipska. Patrzę, chłop pokazuje, jak operuje w Lipsku robotem, to była druga operacja na świecie. Mohr w programie wizyty miał zwiedzanie Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii. Wówczas zajmowaliśmy się symulowaniem operacji chirurgicznych. Zaczęliśmy kombinować - Te roboty mogłyby działać jak automatyczny pilot do takich operacji. Dyskutowaliśmy z nim, chłonęliśmy jego doświadczenia. W końcu mówię profesorowi Relidze: Zrobilibyśmy takiego robota. Okazało się, że profesora fascynuje ta dziedzina, myślał o operacjach dzieci w łonie matki. Napisałem więc projekt i w 2000 roku uzyskaliśmy pierwszy grant. Pierwsze pół roku zajęło mi szukałem ludzi, którzy w ogóle chcieliby to ze mną to robić. Okazało się, że profesor z uwagą obserwuje wkraczanie robotów na sale operacyjne, potrzebuje ich jako nowoczesnych narzędzi, dające po prostu nowe możliwości. Opierając się na autorytecie profesora Religi, znalazłem w końcu takich ludzi w Łodzi i w Warszawie. Zrobiliśmy modele, bo nic przecież w tej dziedzinie wówczas nie umieliśmy. Okazało się jednak, że stworzyliśmy doskonały zespół. Tymczasem w 2003 roku był już prototyp Robin Hearta 1. Zrobiliśmy Robin Heart Vison, koledzy z Łodzi - Robin Hearta 3. Przeżyliśmy jakoś te trudne czasy i zrobiliśmy jeszcze mechatroniczne narzędzia Robin Heart Uni System (do ręki i do robota), które też były testowane w styczniu tego roku na zwierzętach.

Jakie najważniejsze wyzwania zawodowe widzi pan teraz przed sobą?
Chciałbym wypuścić nasze roboty na rynek. Gdyby był wokół nas przemysł, moglibyśmy go produkować, zainteresowanie świata medycznego jest duże. Mamy projekty, technologie, ten moment jest tuż-tuż. Brakuje pieniędzy oraz firmy która mogłaby produkować robota seryjnie, bo tylko wówczas ma to sens.
Tymczasem wciąż piętrzą się przed nami przeszkody, bo nie ma wsparcia przemysłu dla takich przedsięwzięć, jak nasze. Marka Robin Heart jest już znana na świecie, trzeba ją teraz zamienić w konkretny produkt, który trafi na salę operacyjną, pomoże ratować pacjentów.
Co będzie dalej z robotem, jeśli nie uda się zainteresować produkcją Robin Hearta nikogo w kraju?
Cóż, może będziemy musieli sprzedać projekt za granicę. To jest wciąż unikatowe urządzenie, które powinno być produkowane i ratować ludzi. Będziemy na pewno walczyć, żeby produkować je w Polsce, najlepiej - na Śląsku. Chcielibyśmy, żeby ta fabryka była właśnie tutaj.

Ale pan w Zabrzu widzi jeszcze większy potencjał. Powstał projekt Centrum BioMedTech Silesia, które miałoby skupiać wszystkie znajdujące się w tym mieście jednostki naukowe pracujące na rzecz rozwoju medycyny.
Centrum Bio Med Tech Silesia ma być areną nauki i przedsiębiorczości. Napisaliśmy projekt o unijne wsparcie, ale się nie powiodło. Będziemy więc pisali kolejne projekty - kwota jest niebagatelna, bo 200 mln zł. Możliwości, by stworzyć tego typu placówkę, są wyłącznie w Zabrzu. Tylko tu są Centrum Materiałów Polimerowych i Węglowych PAN, ITAM, Śląskie Centrum Chorób Serca, Śląski Uniwersytet Medyczny. Po sąsiedzku - Instytut Onkologii. To grono, które prof. Religa zaprosił do swojego projektu pod nazwą Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii, ma taką historię, której się nie odbuduje w żadnym innym miejscu. Byliśmy pionierami. Pierwsze na świecie skuteczne zastosowanie sztucznego serca odbyło się w USA w 1985 roku, a profesor Religa próbował robić to już dwa lata później w Zabrzu. Był wizjonerem. Nie zaczynaliśmy od zera, zaczynaliśmy od ważnej, zrozumiałej przez nas idei : należy ratować najciężej chorych. A do tego trzeba zastosować najnowsze zdobycze techniki i naukowymi metodami tworzyć produkty których tu nie było. W 1997 roku było pierwsze zastosowanie robotów chirurgicznych na świecie. A my - w 2003 roku mieliśmy w fundacji swój prototyp Robin Hearta. I to jakimi metodami dochodziliśmy do wszystkiego! Niejednokrotnie - chałupniczymi, przy nieporównywalnych nakładach finansowych. To była i jest męska walka. Jesteśmy zahartowani.

Nie żałował pan nigdy, że ta naukowa przygoda nie wydarzyła się w innym miejscu na kuli ziemskiej? Tam, gdzie takie potencjał, jak wasz, byłby wykorzystany praktycznie od ręki, wsparty pewnie ogromnym kapitałem?
Powiem szczerze: Nigdy nie żałowałem, że jestem tu, w Zabrzu, nie wyjechałem. Tylko tutaj mogła się wydarzyć moja życiowa przygoda z profesorem Religą. W przeliczaniu na dobra materialne i na to, co mógłbym zostawić wnukom - to pewnie opłacałoby mi się wyjechać (śmiech). Ale mnie nie o to w życiu chodziło. Tu się urodziłem, mam znajomą panią w sklepie, gdzie robię zakupy, po drodze spotykam kolegów ze szkoły, nauczycieli, którzy mnie kiedyś uczyli. Dobrze się w Zabrzu czuję, mam szczęśliwą rodzinę. Swoją przyszłą żonę spotkałem w sowim starym liceum. Dzisiaj moje dzieci chodzą do tego samego parku, co my wiele lat temu. Dla mnie jest ważne, że można zmieniać to miasto, które mogło zbankrutować w nowej rzeczywistości naszego kraju. A jednak żyje i zmienia się. To fajne jest, że mam w tym jakiś swój maleńki udział. Mogę sobie spokojnie powiedzieć: twoje życie ma sens.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie