MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Jan Olbrycht: W interesie Polski leży ścisła integracja z Unią Europejską

Kamil Lorańczyk
Kamil Lorańczyk
Europoseł Jan Olbrycht
Europoseł Jan Olbrycht fot. Materiały prasowe
1 maja 2004 roku Unia Europejska poszerzyła się o dziesięć krajów: Polskę, Czechy, Estonię, Węgry, Łotwę, Litwę, Słowację i Słowenię oraz o Cypr i Maltę. O znaczeniu naszego członkostwa w Unii Europejskiej rozmawiamy z europosłem Janem Olbrychtem, który ma za sobą 20 lat pracy w Parlamencie Europejskim.

Zacznijmy od momentu, kiedy Polacy powiedzieli „tak” Unii Europejskiej. Jak pan wspomina nastrój, który panował wówczas w kraju? I czy pan świętował tę decyzję?

Panował nastrój oczekiwania na decyzję pozytywną, bo przecież wejście do Unii Europejskiej nie było kwestią jednego dnia, ale całego procesu przygotowywania się do tego: bardzo poważnych debat publicznych i politycznych. Sam moment decyzji to było jakby podsumowanie i zamknięcie pewnego procesu, ale w sposób pozytywny dla wszystkich. Oczywiście, ja byłem w tej części społeczeństwa, która bardzo świętowała. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to wszystko jest absolutnie historyczne i jest to jeden z najważniejszych momentów w historii Polski. Natomiast moja sytuacja osobista była trochę inna, ponieważ ja już od lat 90. – jako burmistrz Cieszyna – byłem w zarządzie Związku Miast Polskich, gdzie byłem odpowiedzialny za politykę zagraniczną. Mniej więcej od roku 1991-1992 brałem aktywny udział w pracach samorządu terytorialnego Unii Europejskiej, pracując z innymi burmistrzami nad funduszami dla nich. Jeszcze wtedy nie mówiło się w ogóle o wejściu Polski do Unii Europejskiej. Ja natomiast byłem już 12 czy 13 lat w stałym kontakcie z ludźmi z Unii, więc tym bardziej się cieszyłem, bo znałem od środka różnego typu mechanizmy i wiedziałem, jakie to jest ważne dla samorządu i ludzi.

To było oczywiście bardzo ważne w kontekście przeobrażenia się Polski w następnych latach. Dlatego też ciekaw jestem tego, jak patrzy pan z perspektywy czasu na funkcję europarlamentu. Mógłby pan wskazać trafione i być może nietrafione decyzje?

Parlament Europejski, mówiąc językiem prawniczym, jest legislatorem, czyli razem z ministrami współtworzy prawo. I w sensie dosyłowym nie jest instytucją, która zatwierdza tylko pewne rzeczy, ale je współtworzy. Mogę mówić za siebie. Kiedy zajmowałem się funduszami strukturalnymi jako poseł do Parlamentu Europejskiego, byłem w stanie wprowadzić pewne zupełnie nowe pomysły do polityki regionalnej, które następnie weszły do przepisów europejskich. To był ewidentny wkład Parlamentu. Na przykład to, co dzisiaj w Polsce określa się mianem ZIT-ów, czyli takich obszarów interwencji, przy pomocy funduszy unijnych, było moim osobistym pomysłem. Ja podobnie miałem okazję współtworzyć prawo dotyczące współpracy transgranicznej, nawiasem mówiąc robiłem to przy pomocy jednego z najwybitniejszych polskich prawników – pana prof. Macieja Szpunara, który wtedy pracował jeszcze w Katowicach, a dzisiaj w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Tym samym mieliśmy możliwość wpływania na prawo europejskie. W związku z tym europarlament w bardzo wielu sprawach współtworzy: zarówno wtedy, kiedy współdecyduje o budżecie Unii i sposobie wydawania pieniędzy, czy gdy w trybie nagłym musiał reagować na sytuację covidową – trzeba było zmieniać przepisy w tempie nadzwyczajnym. Również w sprawach dzisiaj najtrudniejszych, czyli kwestii związanych z pomocą dla Ukrainy. Parlament Europejski to także środowiska polityczne, które mają bardzo często różne zdania. To wszystko polega na nieustającym wypracowywaniu pewnego wspólnego stanowiska, co nie jest proste. Pojawiają się bowiem zarówno interesy narodowe, jak i interesy poszczególnych partii politycznych. Gdy mówimy „Parlament postanowił”, to jest to przeważnie wynik kilku lat trudnej pracy, uwzględniania czegoś, co następnie musi zostać przegłosowane. Muszę też powiedzieć, że oprócz tego, co się udało, było kilka rzeczy, o które europarlament się dopominał, a do tej pory nie zostały zrobione, dlatego że nie ma na nie zgody w poszczególnych państwach. Parlament podkreśla, że trzeba stworzyć nowe dochody własne Unii, ponieważ nie będziemy w stanie dalej funkcjonować. Tego na razie rządy nie są w stanie uzgodnić.

Wspomniał pan o istocie integracji w Unii Europejskiej. Pomimo występujących czasem sprzecznych interesów, może pan stwierdzić, że strona polska polepszyła stosunki z innymi krajami, które tworzą Unię?

Oczywiście, że Unia Europejska temu służy. Naturalna jest dla państw członkowskich współpraca, co nie oznacza, że nie mają różnych, bardzo często rozbieżnych interesów. Przed wejściem do UE nie przypominam sobie, żeby z jakimś państwem były stosunki złe. Pamiętajmy, że przed wejściem do UE w Polsce mieliśmy zmiany demokratyczne od 1989 r., budowaliśmy samorządy od roku 1990. Te stosunki miedzy państwami w gruncie rzeczy były poprawne. Natomiast już po wejściu do Unii okazało się, że są odmienne zdania. Na przykład nasze nieustające dopominanie się o to, aby nie realizować rurociągu Nord Stream 1 i 2. Powtarzaliśmy to bardzo często. Był to punkt sporny między rządem polskim i rządem niemieckim od samego początku. Oczywiście nieprawdą jest, że rząd przedostatni był zwolennikiem układania się z Niemcami w tej sprawie. Absolutnie nie. To był klasyczny przykład zupełnie odmiennego rozumienia interesów narodowych. I rząd polski przestrzegał od początku, że ten rurociąg ma charakter strategiczno-polityczny, a nie tylko czysto gospodarczy. W tej sprawie ewidentnie była różnica zdań. Ta klasyczna różnica zdań występuje też między Polską a Czechami, jeżeli chodzi o kwestie gospodarcze i kopalnie. Te dwa państwa w bardzo wielu sprawach normalnie współpracują, co nie oznacza, że w układach bilateralnych nie ma między nimi różnicy.

Nie mogę pominąć kwestii KPO. Nie ma chyba wątpliwości, że te środki mogły trafić do Polski szybciej. Jak wpłynęła na to polityka prowadzona przez ostatni polski rząd?

Jestem od samego początku powstania pomysłu KPO, również jako członek zespołu, który monitoruje realizację wszystkich KPO w Europie. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że pieniądze do Polski mogły ruszyć ponad dwa lata temu. Zostały jednak zablokowane w Polsce, po prostu poprzedni polski rząd tych pieniędzy nie chciał wziąć albo przynajmniej robił wszystko, żeby ich nie wziąć. Niestety, straciliśmy dwa lata. A tutaj czas jest absolutnie nieubłagany i pieniądze będzie trzeba wydać do połowy 2026 r. Należy też pamiętać, że w przypadku KPO pieniądze są wydawane zawsze i wyłącznie po wykonaniu zadania. Nie ma żadnych pieniędzy, które by zostały przesłane do Polski wcześniej. Pytanie, ile z tych 60 mld euro uda nam się wydać do wyznaczonego terminu. Trzeba sensownie nadrobić straty, które zostały spowodowane decyzjami poprzedniej ekipy rządzącej.

Hasła, różne wypowiedzi antyunijne, scenariusze polexitu, które są udziałem różnych polityków – jak pan na to reaguje?

Odbieram to jako absolutny błąd. I absolutnie złe rozumienie interesu Polski. Pytanie jest nie w tym, czy ktoś lubi Unię, akceptuje ją czy nie, ale w tym, co jest lepsze dla Polski. Trzeba spojrzeć na to z punktu widzenia pewnej korzyści gospodarczej, ale przede wszystkim z punktu widzenia bezpieczeństwa. Oczywiście dla Polski lepiej być w Unii, niż w niej nie być. To jest także kwestia wspólnego rynku, przemieszczania się po Europie, powiązań i zabezpieczeń, które się pojawiają. Czas pokazuje również, a szczególnie zagrożenie ze strony rosyjskiej wobec Ukrainy, że w interesie Polski leży ścisła integracja z Unią. Ewidentnie polityka rosyjska prowadzona jest w sposób, żeby Unię osłabić, ewentualnie ją rozbić i wzmacniać każde ruchy antyeuropejskie. W polityce rosyjskiej nikt nawet tego nie kryje. Powinniśmy się zastanowić, czy w Polsce różnego typu środowiska antyeuropejskie robią to celowo, wiedząc, że jest to polityka rosyjska, czy robią to z własnej inicjatywy, ale de facto sprzyjają polityce rosyjskiej. W mojej ocenie silniejsza Unia Europejska jest zdecydowanie korzystniejsza dla Polski. I mówię to na podstawie precyzyjnej kalkulacji.

W tym temacie zastanawia mnie również pana ocena sformułowań polityków, takich jak: „Mam nadzieję, że Unia Europejska pójdzie po rozum do głowy”. W takim tonie wypowiadał się choćby premier Morawiecki. Ale co to w ogóle znaczy?

Jeżeli pan premier mówi takie słowa, to rozumiem, że mówi o organizacji międzynarodowej, której członkami jesteśmy my. A tam jesteśmy reprezentowani przez polski rząd. To jest organizacja, która obejmuje różne państwa, więc zdarzają się pomysły, które niekoniecznie są dla wszystkich korzystne. I umiejętność funkcjonowania w tej organizacji polega na tym, że mądry i sensowny rząd, który będzie dbał o swoje miejsce w Unii Europejskiej, nie będzie krył tego, że w niektórych sprawach ma inne zdanie niż pozostałe państwa. Zatem będzie się te państwa starał przekonywać. A nie tak, jak poprzedni rząd, kiedy pan premier jechał na spotkanie Rady Europejskiej, gdzie zgadzał się na rozwiązania, po czym wracał do Warszawy i mówił o tym, że Unia ma pójść po rozum do głowy. Przecież pan premier był przy tej decyzji i siedział razem z innymi premierami, podejmując tę decyzję. W związku z tym mówienie o tym, że Unia musi pójść po rozum do głowy, jest absolutnym zabiegiem politycznym dla wyborców i mówieniem, że dbamy o interesy polskie przeciwko tej wyimaginowanej wspólnocie, która jest gdzieś w Brukseli. Trzeba patrzeć realnie. Czy we wszystkich sprawach rząd polski będzie się zgadzał z innymi rządami? Nie. Czy powinien prezentować stanowisko polskie i starać się pozyskać inne państwa do tego stanowiska? Tak. Powinien umieć pozyskiwać sojuszników. Nie jest przecież tak, że cokolwiek się w Unii pojawi, jest genialne.

Pan już zapowiedział, że nie wystartuje w kolejnych wyborach do europarlamentu. Z czego wynika ta decyzja?

Uważam, że każdy musi ocenić swoje działania i określić czas, żeby zejść ze sceny publicznej. Ja jestem w polityce od 34 lat. Miałem okazję przechodzić przez różne funkcję, w Parlamencie Europejskim byłem najdłużej, bo 20 lat. I uważam, że to jest moment, w którym należy zrobić miejsce innym. Jest to dosyć naturalny ruch. Osobiście jestem zadowolony z tego, co udało mi się uzyskać w Parlamencie dla mnie i dla Polski, więc mogę z pełną satysfakcją się pożegnać. Nic więcej się za tym nie kryje. Myślę, że 20 lat w Parlamencie to jest dużo i jest czas na następnych polskich polityków.

Planuje pan przerwę od życia publicznego, a może ma pan już nową rolę dla siebie?

Nie planuję w tej chwili niczego. Myślę, że jeżeli moja wiedza i doświadczenie się komuś przyda, to ja bardzo chętnie będę pomagał, doradzał i wspierał. Najchętniej będę brał udział w działaniach, w których będę mógł prowadzić działalność informacyjno-edukacyjną. To znaczy wyjaśniać, jak funkcjonuje Unia Europejska. Niestety, ta wiedza jest naprawdę niewielka w Polsce. Jeżeli będzie taka możliwość, ze ja będę mógł prowadzić taką działalność poprzez wykłady, spotkania, to trochę wrócę do mojego głównego zawodu, czyli nauczyciela akademickiego. Wydaje mi się dzisiaj jedną z kluczowych jest kwestia uczciwej informacji, żeby obywatele wiedzieli, na czym polega Unia. Aby będąc krytycznymi, rozumieli istotę Unii Europejskiej.

Odnosząc się jeszcze do zbliżających się wyborów do europarlamentu – jaki powinien być polski przedstawiciel w Parlamencie Europejskim?

To zależy i odpowiedź nie jest taka prosta. Jeżeli kogoś się posyła do Parlamentu, to trzeba to robić z jakąś określoną myślą. Pierwsza grupa to doświadczeni politycy. Wystawia się ich w wyborach, bo osiągnęli bardzo dużo i znają wielu ludzi w Europie. Czyli dużo zrobią, nie musząc budować żadnych kontaktów. Są to byli premierzy, byli ministrowie, a czasami byli prezydenci miast czy marszałkowie. Ja sam tego doświadczyłem. Druga grupa to politycy relatywnie młodzi i młodsi. To są ci, którzy idą do PE, żeby nabrać ogłady i zorientować się, co się dzieje w polityce międzynarodowej. Bardzo często są to ludzie, który potem zostają premierami i prezydentami. Przez to mam w Europie kilku kolegów premierów, a także kolegę, który jest prezydentem Finlandii. Te osoby przyszły do PE jako młodzi ludzie właśnie z tą myślą. Jest jeszcze trzecia grupa, która się pojawia na zasadzie odesłania jej z kraju, bo przeszkadzają w polityce, ale ta część jest zdecydowanie najmniejsza. Mówiąc o odpowiednim kandydacie, to powinien znać języki obce – to jest podstawowa sprawa. To powinna być też osoba, która od razu będzie gotowa pracować w określonej dziedzinie, takiej jak ochrona środowiska czy transport. Kluczowe są również umiejętności nawiązywania kontaktów, budowania zaufania i negocjowania. To nie jest łatwe, ale ta praca daje ogromną satysfakcję, jeżeli rzeczywiście uda się człowiekowi wejść w ten główny nurt.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Studio Euro odc.4 - PO AUSTRII

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni