MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Jakie wnioski płyną z eurowyborów? W rozmowie z DZ komentuje dr Tomasz Słupik

Marcin Śliwa
Marcin Śliwa
arc DZ
Co wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego mówią na o bieżącej sytuacji na scenie politycznej? Kto jest największym przegranym, Lewica czy Trzecia Droga? Co jest przyczyną średniej frekwencji? Na te i inne pytania odpowiada dr Tomasz Słupik z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Co wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego mówią na o bieżącej sytuacji na scenie politycznej?

Można z tego wyciągnąć kilka wniosków. Pierwszy, zasadniczy to polaryzacja, czyli to co jest istotą polskiej polityki już prawie od 20 lat. Mamy dwa ugrupowania, które zagospodarowują większość sceny, bo jak dodamy ich wyniki to jest to grubo ponad 70 procent. Porównując to z wyborami parlamentarnymi czy samorządowymi tu się nic nie zmieniło, nie ma żadnych przesłanek, które wskazywałyby na to, że coś ma się zmienić. Co więcej, za pasem są wybory prezydenckie. To jest stała polskiej polityki. Druga sprawa to słabszy wynik mniejszych ugrupowań.

Kto wśród tych partii jest największym przegranym, Lewica czy Trzecia Droga?

W moim prywatnym rankingu stawiałbym na Lewicę, ale „ośla ławka” jest dla obu partii. W liczbie mandatów mają taką samą sytuację. W kwestii spadku poparcia przegraną jest Trzecia Droga, bo spadli z dwucyfrowego wyniku pod 15 proc. na niecałe 7 proc. To dla nich katastrofa. Widzimy też wyraźnie, gdzie przepłynęło poparcie, tzn. prawie połowa wyborców Trzeciej Drogi głosowała na Koalicję Obywatelską. Lewica „zakiwała się” na etapie obsadzania list, mam tu na myśli tę dość obrzydliwą taktykę Roberta Biedronia, żeby obsadzić na wchodzącym miejscu Krzysztofa Śmiszka i osłabić w naszym regionie Łukasza Kohuta. To był jeden aspekt, ale Lewica ma problem personalny i nie potrafi komunikować swojego programu. Te trzy rzecz złożyły się na ich klęskę w niektórych regionach. Mają łącznie 6,6 proc., ale w naszym okręgu zdobyli 4,6 proc. i jest to z wielu powodów katastrofalny wynik. Jak przeanalizujemy to od pierwszych wolnych wyborów w 1991 roku, to przez wszystkie elekcje lewica nie notowała jakiegoś wielkiego wyniku, ale Zagłębie jednak zdecydowanie poprawiało wynik lewicy, więc to, że są pod progiem w wyborach europejskich jest dla nich klęską. Na razie nie widzę w tej formacji specjalnej refleksji i nie widzę, żeby szykowały się tam zmiany personalne, choć na to może jest jeszcze zbyt wcześnie. Lewica pikuje i kolejne wybory mogą być dla nich przykrym zderzeniem ze ścianą. Mają świadomość, że mogą znaleźć się pod progiem.

Maciej Konieczny na gorąco przekonywał, że w następnych wyborach wyborcy muszą mieć jasność „po co głosować na Lewicę”, a pozostali działacze wskazywali na to, że KO przejęła ich najważniejsze postulaty

To praca do wykonania dla polityków. W kraju, w którym jednak relatywnie spory odsetek społeczeństwa jest biedny, w kraju, w którym wciąż mamy strukturalne problemy, gdzie usługi publiczne jak edukacja czy ochrona zdrowia działają kiepsko, gdzie mamy patologię pt. rynek mieszkaniowy, to są tematy idealne dla Lewicy. Coś proponują, są w rządzie, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk jest ministrem pracy i polityki społecznej, to dobry resort, więc jakieś jaskółki są, ale brakuje tu działania systemowego. Donald Tusk jest graczem wagi ciężkiej. To, że przejął część obyczajowych postulatów, było z różnych powodów oczywiste. Z badań mu wychodziło, że po prawej stronie ma PiS i Konfederację, a po lewej KO mogła się jeszcze pożywić kosztem Lewicy. Tusk to zrobił i wziął na sztandar część jej postulatów.

A co leży u źródeł słabego wyniku Trzeciej Drogi?

W wyborach, do których idą tzw. żelazne elektoraty to liczy się wyrazistość. Miały ją trzy byty: Konfederacja, PiS i Platforma. W ich przypadku człowiek, który szedł do urn, mniej więcej wiedział na kogo lub na co głosuje, natomiast konia z rzędem temu kto wie na co poza nazwiskami głosował wyborca Trzeciej Drogi. Prędzej już wyborca PSL wiedział na co głosował, ale wyborca Polski 2050?

Czy w kontekście wyborczych porażek możemy też rozpatrywać frekwencję?

Na swój sposób tak, ale ma to głębsze strukturalne przyczyny takie jak niski poziom zaufania, brak odpowiedniej edukacji na temat kompetencji społecznych, które skutkowałyby zaangażowaniem w najprostsze stowarzyszenia czy jakiekolwiek działanie na rzecz swojej najbliższej społeczności. Jak prześledzimy frekwencję w wyborach Europarlamentarnych od 2004 roku to paradoksalnie jest to druga frekwencja w historii.

Zgadza się ale jednak mniejsza niż w pięć lat temu

Trochę mniejsza, ale lepsza niż we wszystkich poprzednich elekcjach, więc katastrofy nie ma. Instytucje europejskie są dość odległe od percepcji przeciętnych Polek i Polaków, to dla nich enigma. Docierają najczęściej rzeczy, które bezpośrednio odczują, takie jak Zielony Ład dla rolników czy powszechniej kwestia połączeń w roamingu. Przy remontach ulic też jest to widoczne, bo stoją przy nich tablice informujące o wykorzystaniu środków unijnych. To jest za mało w tej bardzo skomplikowanej polityce instytucji unijnych. Polacy się tym aż tak nie interesują, to skomplikowane procedury i zupełnie inny model uprawiania polityki czy kreowania prawa. Nie pomaga temu też nasza krajowa wojna plemienna i towarzyszące jej emocje. Powiedzmy sobie też szczerze, zasobem 53. europarlamentarzystów grają liderzy partii – to często nagroda przed emeryturą. Czasami też do PE wysyła się potencjalnych konkurentów, którzy rosną w siłę, a mogą potencjalnie zagrażać. Gdy przeciętny, ciężko pracujący Polak usłyszy jakie w PE są zarobki i przywileje, to trafia go szlag. To raczej zniechęca niż zachęca statystycznego Polaka do głosowania. Jak osiągniemy frekwencję na poziomie 50 proc. to będzie dobrze. Wybory październikowe wywołały emocje, bo były realne powody do tych emocji. To, że Polacy zrobili 75 proc. frekwencji, jest absolutnym fenomenem. Nawet w czerwcu 1989 roku nie było takiej frekwencji. Wybory europejskie, podobnie jak samorządowe, nie wywołują takich emocji, a polityka w gruncie rzeczy jest sztuką zarządzania emocjami.

Zdaje się, że emocje udało się wywołać Konfederacji. Czy wynik tej formacji jest dla Pana zaskoczeniem, czy spodziewał się pan tego?

Do pewnego stopnia jest dla mnie zaskoczeniem, ale nie dużym. Widziałem wyraźną tendencję wzrostową, ale nie myślałem, że będzie to wynik dwucyfrowy. Raczej bliżej byłem prognozy 8-9 proc. Dwucyfrowy wynik to kwestia sprofilowania Konfederacji. Są eurosceptyczni i tego nie udają. PiS trochę chciałby, ale się boi, więc część jest eurosceptyczna, część nie. Pewnie z badań wchodzi im, że część ich elektoratu nie jest aż tak bardzo antyunijna, a w Konfederacji hulaj dusza piekła nie ma - są sprofilowani, eurosceptyczni i antyunijni. Gromią część tych rzeczywiście wątpliwych dla Polaków regulacji, podlewają to neoliberalnym sosem. Jak spojrzymy na profil ich elektoratu to są to młodzi ludzie, czasami przedsiębiorcy i ludzie całkiem nieźle wykształceni o skrajnie liberalnych poglądach gospodarczych. Nie znajdują tego w PiS, KO, nie bardzo jest to w Trzeciej Drodze, a tym bardziej w Lewicy, więc najbardziej wyrazista jest Konfederacja. Partie protestu zawsze mają w społeczeństwie wzięcie, wiadomo, że nie większości, jeśli nie jest to sytuacja jakiegoś głębokiego kryzysu gospodarczego. Natomiast kiedy wszystko jest w miarę normalnie partia protestu przy sprzyjających okolicznościach jest w stanie zrobić dwucyfrowy wynik, z tej perspektywy mnie to nie dziwi. Dla Konfederacji to najlepszy wynik w historii - sześciu europosłów nigdy nie udało im się wprowadzić. Nasuwa mi się wniosek na przyszłość, że kandydatem na prezydenta wcale nie będzie Krzysztof Bosak tylko Sławomir Mentzen, który myślę, że bardzo się wzmocnił dzięki tym wyborom w amorficznej Konfederacji. To przestaje być „sezonowe” ugrupowanie jak Ruch Palikota, Nowoczesna, Kukiz’15, niewykluczone, że teraz Trzecia Droga. Konfederacja od tego ucieka, okaże się, czy skutecznie. Zaczynają gromadzić zasoby, które umożliwią im bycie na rynku politycznym dłużej niż jedną kadencję.

Nawiązując do „ucieczki” i gry partyjnych liderów, Konfederacja chciała wysłać Grzegorza Brauna do Parlamentu Europejskiego, aby uniknąć kontrowersji w kraju?

I tak i nie, bo jeżeli popatrzymy na konstrukcję listy, to faworytem miał być Konrad Berkowicz. Chyba w ostatniej chwili zorientowali się, że Braun go przeskoczy, dlatego wysłali Berkowicza na debatę. Moim zdaniem to był wypadek przy pracy. Dla mnie najbardziej obrzydliwą sprawą w tych wyborach była kwestia Wąsika, Kamińskiego i Obajtka. Jeżeli czytamy w ten sposób Brauna, to też. Lepiej go ukryć w tym gigantycznym Parlamencie Europejskim liczącym siedemset trzydzieści osób. Z rozmaitych powodów tam zniknie, na początku będzie swoistą sensacją, ale nic z tego wielkiego nie wyniknie. Oczywiście przyciągał do Konfederacji część „ultrasów”, ale w dłuższej perspektywie był dla nich raczej obciążeniem niż wartością dodaną. Paradoksalnie, pewnie Mentzen pluje sobie w brodę, bo widział tam Berkowicza, ale jak spojrzą na to trzeźwo, to niewykluczone, że będzie to skuteczne dla ich wizerunku i ewentualnych korzyści politycznych.

To było jasne, że Borys Budka jako jeden z liderów partii rządzącej i „jedynka” na liście KO zrobi dobry wynik. Czy spodziewał się pan jednak, że zdobędzie najlepszy wynik w kraju?

Nie do końca spodziewałem się pierwszego wyniku w kraju. To jest absolutny sukces i chapeau bas dla Borysa Budki. Natomiast dobrego wyniku spodziewałem się z kilku przyczyn. Po pierwsze, jest to polityk rozpoznawalny. Po drugie, jesteśmy świeżo po wyborach parlamentarnych, w których też zrobił bardzo dobry wynik. Po trzecie, po warszawskim okręgu jesteśmy najbardziej ludnym okręgiem, więc siłą rzeczy na „jedynkę” partii, która wygrywa, zawsze padnie dużo głosów. Okoliczności sprzyjających było dużo. Przypuszczam, że gdyby frekwencja była na poziomie 46-47 proc., to Borys Budka dostałby 400 tys. głosów. Już teraz mu dużo nie brakowało, więc być może wyrównałby wynik profesora Buzka, czyli 422 tys. głosów. Co do regionu absolutnie nie jestem zaskoczony wynikiem Borysa Budki, a co do Polski to przypuszczałem, że znajdzie się w pierwszej piątce, może w pierwszej trójce. Ma predyspozycje, jest akademikiem, zna języki, jak na swój wiek jest doświadczonym politykiem, więc myślę, że szybko zaadaptuje się do Parlamentu Europejskiego i będą z tego płynęły liczne korzyści.

W stosunku do poprzedniej kadencji PE woj. śląskie traci jeden mandat ze względu na niską frekwencję

Gdy kładłem się spać, to na podstawie sondaży late poll, jeszcze mieliśmy siedem mandatów. Tyle było przez wszystkie kadencje, nie widziałem prognozy, która dawałaby mniej. Zadecydowała frekwencja. Jeżeli w Warszawie poszło 56 proc. a u nas uśredniając 40,5 proc. to nasz mandat przejęła Warszawa. Tak jest skonstruowana ta ordynacja, mandaty na swój sposób są przechodnie między okręgami. Wniosek jest jeden – wyborcy z województwa śląskiego – chodźcie na wybory. Wtedy będzie siódmy mandat, a może i ósmy, jak pokazuje przykład Warszawy.

Dwa z sześciu mandatów zdobyli kandydaci nie związani z naszym okręgiem wyborczym – Marcin Sypniewski z Konfederacji i Patryk Jaki z PiS. Czy to oznacza, że związki z regionem nie mają znaczenia dla wyborców?

Istotą ordynacji proporcjonalnej jest to, że karty rozdają w niej liderzy partyjni, którzy układają listy. Oczywiście wyborcy nie są bezmyślni i nie idą głosować zaprogramowani, więc piłka jest po stronie wyborców. Twarde elektoraty pisowskie czy platformiane upraszczając głosują na propozycje Kaczyńskiego i Tuska. W kontekście Patryka Jakiego spodziewałem się, że wejdzie do PE, ale że zrobi tak dobry wynik i z dwójki przeskoczy jedynkę, a dodatkowo w takim okręgu, gdzie oczywiście PiS ma tu swoich wyborców, ale nie jest to Kraków z Kielcami, Podkarpacie, czy Lubelszczyzna i Podlasie. Wracając jednak do „hajmatowego” patriotyzmu, to w części śląskiej i nieśląskiej wyborcom PiS to nie przeszkadzało. Przy Konfederacji pojawia się casus do zbadania, czyli 49 głosów, którymi przegrywa Dobromir Sośnierz. Po wyborach do parlamentu wysłano go gdzieś daleko i nie zrobił żadnego wyniku, a wrócił na Śląsk i osiągną bardzo przyzwoity wynik, mandat przegrał o włos. Potwierdza się w tym przypadku teza, że część elektoratu jednak głosuje na nasze śląskie nazwiska. Pokazał to również Łukasz Kohut. Wypchnięto go z listy Lewicy, Koalicja Obywatelska wiele nie ryzykowała i okazało się, że był to dla nich strzał w dziesiątkę, dostał 107 tys. głosów. W krótkim czasie złożyło się na to m.in. weto prezydenta Dudy dla ustawy o języku śląskim. Łukasz Kohut miał też przede wszystkim bardzo dobrą, aktywną kampanię wyborczą i pozycjonował się na śląskie tematy. Był jedynym i najbardziej wyrazistym kandydatem, przekonał do siebie śląski elektorat i przeskoczył „dwójkę” na liście robiąc dwa razy lepszy wynik niż Mirosława Nykiel. Do tego Borys Budka osiągnął najlepszy wynik w Polsce i dzięki temu Koalicja Obywatelska zdobyła trzeci mandat. Przewidywałem to od początku, ale nie było to takie pewne.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Strefa Biznesu: Ceny złota na nowym, historycznym poziomie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni