Mateusz Bednarski urodził się martwy. Rodzice Ewelina i Michał Bednarscy winią lekarzy z Sosnowca

Teresa Semik
Śmierć własnego dziecka jest czymś niemożliwym do ogarnięcia - twierdzą  Ewelina i Michał
Śmierć własnego dziecka jest czymś niemożliwym do ogarnięcia - twierdzą Ewelina i Michał Lucyna Nenow
Dzieciątko było zaplanowane i bardzo oczekiwane, ale Mateusz urodził się martwy. Ewelina i Michał Bednarscy mają żal do lekarzy z Sosnowca, że nie wykonali badań na czas, że zignorowali niebezpieczne symptomy. Sprawą zajęła się już prokuratura. Niezależnie od wieku dziecka, kiedy umiera, uczucia, które wywołuje ta śmierć, są druzgocące - pisze Teresa Semik

Mateusz miałby dziś 8 miesięcy. Rodzice czekali na niego pięć lat. Nic już nie wypełni pustki, którą zostawił. Na razie tę rozpacz dopełnia żal, a nawet złość na lekarzy.

Planowali rodzinny poród. Michał nie był pewny, czy po męsku go zniesie, ale przeważyło wzruszenie, że pierwszy zobaczy główkę malca. - Potem mogę nawet zemdleć - powtarzał.

- Ufaliśmy lekarzom, byłam pod ich opieką w szpitalu, prosiłam o wykonanie badań, które zlecił lekarz prowadzący, ale się ich nie doprosiłam - mówi Ewelina Bednarska, mama Mateusza. Kartka po kartce analizuje teraz z mężem Michałem dokumentację medyczną. Próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Mateusz nie żyje.

Prokuratura Rejonowa Sosnowiec-Południe wszczęła śledztwo w dniu, w którym przyszedł na świat martwy - 5 listopada 2012 roku.

- Stało się nieszczęście - ucina rozmowę Maciej Ornowski, ordynator Oddziału Ginekologiczno-Położniczego w Szpitalu Miejskim w Sosnowcu. - Nie będę rozmawiał o tej sprawie z mediami, nie zamierzam dalej w brnąć w tę historię. Już dostatecznie dużo nieprawdziwych słów wypowiedziano o niej. Kiedyś trzeba będzie się z tych słów wycofać.

Co jest "nieprawdziwe", doktor już nie wyjaśnia. Akurat on pełnił dyżur, gdy Ewelina Bednarska po raz pierwszy trafiła do sosnowieckiego szpitala.

35. tydzień

Lekarza prowadzącego zaniepokoiły opuchnięte nogi Eweliny. Zlecił drobiazgowe badania krwi, a z wynikami miała wrócić za dwa tygodnie. Chyba że ciśnienie krwi zacznie iść w górę, albo skoczy niebezpiecznie. Wtedy to ma się pakować do szpitala.
Ewelina czuła się nieźle, jak na tak wysoką ciążę, ale natychmiast uruchomiła internet, by sprawdzić, co kryje się za tymi drobiazgowymi badaniami. Monitorowała swoje ciało, żeby wiedzieć, co ewentualnie ją czeka, tak na wszelki wypadek. Może to było przewrażliwienie, może tylko zwykła ciekawość.

Zlecone badania służyły do określenia stanu zaawansowania zatrucia ciążowego.
36. tydzień

Zaplanowała te badania na 29 października. Prócz potwornie spuchniętych nóg nic więcej złego nie zauważyła. Regularnie mierzyła ciśnienie, było w normie. I właśnie tego dnia, w poniedziałek rano, obudziła się z jeszcze większą opuchlizną nóg, a ciśnienie poszło w górę.

- Potem w Izbie Lekarskiej pytał mnie doktor, czy ta opuchlizna schodziła, jak się położyłam. Nie schodziła i to był objaw, że organizm przestawał tolerować ciążę - przypomina Ewelina.

Pojechała do przychodni przyszpitalnej w Sosnowcu. Jeśli mnie zatrzymają, poproszę o wykonanie badań zleconych przez lekarza prowadzącego - pomyślała. Lekarz, gdy tylko spojrzał na jej nogi i na wysokie ciśnienie, od razu zdecydował, że zostaje w szpitalu. Badanie USG wykazało, że dziecko waży 3,7 kg.

Następnego dnia, podczas porannego obchodu Ewelina usłyszała od lekarki, że obrzęki ciążowe, te balony z wodą na nogach, to jest jej wina, bo za dużo pije, a nerki słabiej pracują.

- Dlatego się teraz upieramy, że został popełniony błąd medyczny - mówi Ewelina Bednarska - ponieważ nikt wtedy nie sprawdził, co naprawdę się dzieje z moim organizmem. Badań, zleconych przez lekarza prowadzącego, pod kątem zatrucia ciążowego, szpital nie przeprowadził. Zlecił tylko badania podstawowe morfologii i moczu.

Ale nawet te podstawowe wyniki były niepokojące i lekarz powinien zlecić dalszą diagnostykę, czy nie idzie zakażenie, albo czy tego zakażenia już nie ma. Takie wyjaśnienia Ewelina usłyszała w Izbie Lekarskiej, która prowadzi odrębne postępowanie od prokuratorskiego.

No to rodzimy

W drugiej szpitalnej dobie Ewelina dostała bóli brzucha.

- Ordynator mnie zbadał i stwierdził, że brzuch boli, bo dziecko pcha się na świat. Podano mi wtedy leki rozkurczowe w kroplówce - przypomina Ewelina. - Od wtorku do piątku nie miałam żadnych innych badań. A tak, zapomniałam, wyjęli mi tę kroplówkę.
Michał natychmiast stawił się w szpitalu, by nic mu z tych chwil nie umknęło. Przyjechał z mamą lekarzem i to ją zaniepokoił stan Eweliny.

- Panie doktorze, ona ma objawy zatrucia ciążowego. Opuchlizna, skok ciśnienia… - próbuje rozmawiać jak lekarz z lekarzem.
- Wiem, wiem, ale jeszcze poczekamy, to jest 36. tydzień - słyszy w odpowiedzi?

Jednak nie rodzimy

Już po śmierci Mateusza Bednarscy wyczytają w dokumentacji medycznej, że Ewelina przyjęta została do szpitala z objawami zatrucia ciążowego, o czym nie miała pojęcia. Z tej dokumentacji nie wynika, by próbowano temu przeciwdziałać. Co więcej, gdy ból brzucha ustąpił, a pacjentka poczuła się lepiej, więc w piątej dobie, 2 listopada jest odesłana do domu.

- Jak się człowiek dobrze czuje, nie znaczy, że jest z nim wszystko w porządku - mówi Ewelina. - Nie wiem, na jakiej podstawie lekarze wypowiadają się teraz, że zostałam wypuszczona w dobrym stanie, że opuchlizna się zmniejszyła, skoro to nieprawda. Na dowód tego, że opuchlizna była taka sama mam przynajmniej czterech świadków, spoza rodziny.

Ewelina przekazała do prokuratury billingi połączeń telefonicznych z piątku 2 listopada. O godzinie 8.30 telefonowała do Michała i do swojej mamy, że wychodzi ze szpitala, bo tak zdecydował lekarz. To ważne, bo w dokumentacji medycznej pojawił się wynik badania KTG (m.in. monitorowanie akcji serca płodu): początek - godzina 9.11, zakończenie - 9.30. Nie ma na nim pieczątki, nie ma podpisu. Ale jest odręcznie napisane nazwisko pacjentki.

- W dniu wyjścia ze szpitala nie miałam takiego badania - twierdzi kategorycznie Ewelina.

Na wyniku zaznaczone są tylko trzy ruchy płodu.

- Zakładając teoretycznie, że to wynik mojego badania, to pytam, czy ktoś sprawdził, co się z dzieckiem dzieje? - pyta. - Dziecko nie rusza się, bo śpi, czy jest jakiś inny powód tego bezruchu? Nie.
Z przepastnej już teczki Michał Bednarski wyciąga "Kartę indywidualnej opieki medycznej pacjentki". Pod datą: 2 listopada nie ma wzmianki, że wykonano badanie KTG płodu.

37. tydzień, serce nie bije

Nie wiadomo, co działo się z dzieckiem między piątkiem a poniedziałkiem, kiedy Ewelina wróciła do szpitala w trybie alarmowym, po drgawkach, wymiotach, biegunce. I wody odeszły.

Badanie KTG Ewelina z tego dnia doskonale pamięta, bo nie zaznaczyła ani jednego ruchu płodu.

- Tłumaczę, że nie czuję ich od rana, ale słyszę w odpowiedzi, że to może się zdarzyć. W końcu położna mnie informuje, że tętno jest "na granicy" - przypomina Ewelina.

W pewnym momencie Michał usłyszał jej przeraźliwy krzyk, choć czekał piętro wyżej w pokoju porodowym, z wszystkimi rzeczami potrzebnymi dziecku. Ten krzyk mówił wszystko.

Na schodach mijał lekarza, gdy biegł w jej stronę: - Co się dzieje? - pytał, ale z miny lekarza czytał wszystko. - Róbcie coś, ratujcie go! Zróbcie badania jeszcze raz! Czekam na dziecko 5 lat i nagle ktoś mi mówi, że doszło do wewnątrzmacicznego obumarcia płodu. W wyniku czego? Róbcie cesarkę, wyjmujcie go, bo on się tam udusi...

Dziś Michał przyznaje, że wtedy miał takie naiwne, serialowe skojarzenia, ale inaczej nie potrafił myśleć. Skoro w Leśnej Górze udaje się po wielu godzinach masowania serca uratować pacjenta, teraz też się uda. Dlatego błagał, by lekarze jeszcze raz podjęli akcję reanimacyjną. Dlatego złapał ordynatora za klapy, by zrobił cesarskie cięcie, choć on powtórzył: "dziecko nie żyje".
Ewelina poszła na stół operacyjny i tu rozpoczyna się drugi rozdział ich dramatu. Walka o jej życie. Widmo sepsy. Trzy tygodnie leżała w szpitalu. W historii choroby z jednego dnia Bednarscy czytają, że "powłoki brzucha niebolesne" i "USG nie mogło być wykonane prawidłowo ze względu na zbyt duże dolegliwości brzuszne". To co jest prawdą?

Śledztwo trwa

- Czekamy na opinię biegłych Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, co było przyczyną śmierci dziecka. Już długo czekamy - mówi Agnieszka Dudziak, prokurator rejonowy Sosnowiec-Południe. - Biegły informatyk w obecności prokuratora dokonał oględzin sprzętu komputerowego szpitala. Czekamy na jego opinię, czy dokumentacja medyczna mogła zostać sfałszowana. Przesłuchujemy świadków. Śledztwo toczy się w sprawie, nikomu nie przedstawiliśmy zarzutów.

A jeśli rodzice Mateusza tę walkę o prawdę przegrają?

- Nie przegramy, bo wiemy, jakie argumenty są po naszej stronie - twierdzi Michał.

Gdy Ewelina pierwszy raz opuszczała szpital, nie dostała wypisu, choć wydaje się to naturalne, że pacjent wychodzi z dokumentacją medyczną. Dyrektor ukarał ordynatora naganą za to zaniedbanie.

- W wielu miejscach pacjenci nie dostają dokumentacji przy wyjściu ze szpitala, bo nie ma na to czasu - wyjaśnia ordynator Ornowski. - Daj Boże, żebyśmy w tym kraju tylko takie popełniali "przestępstwa".

Panie doktorze, jak żyć?

Śmierć dziecka, własnego dziecka, jest czymś niemożliwym do ogarnięcia. Psycholodzy są zgodni w swej opinii, że to jedno z najcięższych doświadczeń, z jakim trzeba nauczyć się żyć.

- Pracuję, dużo pracuję, ale gdy przychodzi weekend i z nikim się nie spotykamy, jest mi najgorzej - mówi Ewelina. - Napadają mnie ataki płaczu. Co mam zrobić z tymi łzami? Siłę czerpię także z tego, że mogę o Mateuszu mówić, dużo mówić. Broń Boże słuchać, ale cisza byłaby najgorsza.

Ciągle zadaje sobie pytanie: dlaczego nie pomogli jej i maleństwu, co naprawdę się stało? Śmierć dziecka trudniej, niż każdą inną, przyjąć do wiadomości. Naturalną reakcją jest wtedy bunt i złość.

- Ilekroć jestem na cmentarzu u Mateusza, a jestem codziennie, to czuję, że idę z synkiem na spacer. Długo rozmawiamy - opowiada Michał. - Wieczorem, około 22.00, idę synka szukać. Wiem, że go znajdę. Koledzy reagują podobnie, że zwariowałem. Mówcie, co chcecie, ja idę go szukać. W końcu znajdę. Ja tego nie odpuszczę.



*Operacja przeszczepu twarzy: Poznaj pacjenta i autorów sukcesu [ZDJĘCIA + OPINIE + KOMENTARZE]
*MISS ŚLĄSKA I ZAGŁĘBIA 2013: TEGO NIE ZOBACZYCIE W TELEWIZJI
*Maluch z Allegro: Fabrycznie nowy Fiat 126 z 1979 r. i wielki skandal
*Dni Miast 2013 [PROGRAM IMPREZ]: Chorzów, Będzin, Ruda, Sosnowiec, Wodzisław i inne!

Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pacjent sosnowiec
Pasy przy porodzie !!!
m
mala9856
Cztery lata temu w szpitalu w sosnowcu też urodziła dziecko. tak jak ta Pani miała zdiagnozowane zatrucie ciążowe tylko, że dużo wcześniej już po pierwszych objawach. Gdy w 36 tygodniu pojawiło sie biało w moczu lekarz od razu kazał mi jechać do szpitala i położyć sie. Po 4 dniach dostałam ciśnienia i będą w tym czasie lekarz odrazu zdecydował o cięciu cesarskim i dzięki niemu moje dziecko żyje była (3 razy dodatkowa okręcona pępowinom). Była to sobota i nie było w szpitalu ordynatora Orłowskiego, a jak sie później dowiedziała to przy nim nie zrobili by mi cesarki.
Dodaj ogłoszenie