Piotr Kler: Śląski self-made man. Jego nazwisko jest dziś synonimem luksusu. Ma 70 lat, codziennie uprawia sport

Katarzyna Pachelska
Katarzyna Pachelska
Piotr Kler, założyciel firmy Kler SA w najnowszym salonie marki w Katowicach, październik 2020 r.Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE Lucyna Nenow / Polska Press
Z Piotrem Klerem, mistrzem tapicerskim, twórcą marki meblowej Kler, rozmawiamy o początkach w biznesie, sporcie, wierze i trudnym procesie przekazywania sterów w firmie młodszemu pokoleniu.

Wywiad z Piotrem Klerem, założycielem firmy meblowej Kler

Dziennik Zachodni: Jest pan jednym z przykładów sukcesu w branży meblowej w Polsce. Takim self- made manem. Czy była taka jedna decyzja zawodowa w pana życiu, która doprowadziła pana do miejsca, gdzie pan teraz jest?

Piotr Kler: Nigdy nawet nie wyobrażałem sobie, że mogę dojść do etapu, w jakim dzisiaj jest firma Kler. Po prostu ciężko pracowałem robiąc kolejne postępy. Od początku byłem nastawiony na rozwój, jednak miejsce w jakim dziś jesteśmy to składowa wielu dobrych decyzji. Funkcjonujemy na rynku już 48 lat. Od początku zwracaliśmy uwagę na wysoką jakość pracy i produktu. Dzięki temu dziś możemy pochwalić się siecią 34 salonów w Polsce. Tak jak powiedziałem - dbamy o jakość samej oferty, ale też sposobu jej podania. Klient nie musi się znać na urządzaniu wnętrz, na szczegółach. To nasze zadanie by inspirować go, by pokazać mu jak może być urządzony jego dom.

Katowice jak Mediolan. Luksusowy dom meblowy i showroom firm...

W wieku 23 lat wystartował pan ze swoim biznesem. Odszedł pan od mistrza, od którego uczył się fachu tapicera. Już wtedy pan wiedział, że chce pan być na swoim?

To było trochę inaczej. Mój mistrz, Antoni Aptyka, był już w podeszłym wieku. Ja po prostu nie miałem innego wyjścia. Myślałem: albo pójdę pracować do państwowej firmy, albo otworzę własną. Mistrz przekonywał mnie, bym nadal z nim pracował. To była trudna decyzja, ponieważ bardzo dobrze u niego zarabiałem i wiele się nauczyłem, na przykład tego, by zawsze tworzyć coś nowego.

Nie przeocz

Jednak nie zapałał pan od razu miłością do tapicerstwa, gdy przyszedł pan jako uczeń do Antoniego Aptyki?

Nie (śmiech). To był przypadek. Miałem szczęście trafić do dobrego mistrza, który produkował meble dobrej jakości i w świetnym, jak na owe czasy designie. U niego meble kupował cały Śląsk. Wtedy na rynku nie było nic ciekawego, same proste wersalki czy fotele. A on produkował meble wyjątkowo dobre.

Był pan długo uczniem w zakładzie Aptyki, bo aż 10 lat, prawda?

Tak. Czułem się, jakbym był synem Aptyków, tym bardziej, że sytuacja życiowa tak się ułożyła, że u niego zamieszkałem. Pamiętam, że jako uczeń nigdy nie pracowałem po 6 godzin. Zawsze więcej - 8, a nawet 10. Nie dlatego, że musiałem, po prostu chciałem nauczyć się fachu. Praca potrafiła mnie tak wciągnąć, że zapominałem o upływającym czasie. Pamiętam pracę nad ciekawym projektem, mistrz Aptyka nie mógł odciągnąć mnie od mebla, w końcu koło godziny 22.00 po prostu kazał mi skończyć. Jednak tej nocy nie zmrużyłem oka, czekałem aż wybije szósta rano, żeby znów pójść do pracy. Muszę przyznać, że na samym początku, chyba po pół roku terminowania u Aptyki, miałem kryzys. Myślałem: co ja tu robię, to przecież nie dla mnie. Przemyślałem to jednak i postanowiłem, że polubię tapicerstwo.

Da się coś polubić ot tak, bo się chce?

Da się, to kwestia psychiki. Potrzeba chęci i wiary, a wtedy wszystko jest możliwe.

Stworzył pan zakład tapicerski z jednym zaledwie pracownikiem. Szybko jednak zatrudnił pan kolejnych. Miał pan w sobie cechy szefa, lidera?

Tak, zaczynałem z jednym pracownikiem. W czasach komunistycznych był taki moment, że zatrudniałem 6 pracowników. Wtedy to było bardzo ryzykowne. I przyszedł rok 1988. Dobry znajomy powiedział mi, że zatrudnia 100 osób, że teraz można rozwijać się bez przeszkód. To mnie zmotywowało. Zatrudniłem więcej osób i kupiłem działkę by zbudować fabrykę w Dobrodzieniu. Był to czas, kiedy problemem nie była sprzedaż mebli, ale to z czego je wyprodukować. Byliśmy pierwszą firmą w Polsce, która produkowała kanapy tapicerowane ze skóry. Przyjeżdżali do nas klienci z całej Polski. Nawet w 1989 roku, gdy wszystko 10-krotnie podrożało i zakłady nie pracowały ze względu na brak zleceń, mój prosperował wciąż świetnie, a nawet były kolejki. Zdarzało się, że Klient czekał 3 lata na swoje zamówienie. Produkowałem meble skórzane, którego wzorniczo nie odbiegały od tych włoskich. Wtedy zaczął się u nas gwałtowny rozwój. Co roku mieliśmy o 50-60 procent większą produkcję.

To wzrost wręcz szalony…

Po drodze okazało się, że mamy inny problem. Salony sprzedaży odbierały nasze meble, klienci kupowali, ale pieniądze ze sprzedaży do nas nie wracały. Doszliśmy więc do wniosku, że należy otworzyć własne stoisko. Pierwsze powstało w Warszawie, przy ul. Tamka. I był to nasz wielki sukces.

Dzisiaj również sprzedajecie produkty tylko we własnych salonach?

Jeśli chodzi o Polskę, to meble sprzedawane są wyłącznie w salonach własnych. Zagranicą nasze meble dostępne są w salonach partnerskich.

Zobacz koniecznie

Jak wyglądały początki funkcjonowania waszych salonów?

Początkowo wynajmowaliśmy powierzchnie w wybranych obiektach. Kolejnym krokiem, było tworzenie salonów pod własną marką. Dzisiaj, tak jak wspominałem, mamy ich 34. Dziesięć lat temu podjęliśmy decyzję o kolejnym etapie w rozwoju firmy, o budowie własnego, niezależnego obiektu handlowego. W moim rodzinnym Dobrodzieniu powstała Galeria Wnętrz Dobroteka, a dwa lata temu w Krakowie - Galeria Tetmajera83. Teraz prezentujemy nowy salon w Katowicach. Przed nami następny projekt - nowa inwestycja w Warszawie.

Jako Polacy nie musimy się wstydzić wytwarzanych u nas produktów? Dorównują jakością tym zachodnim?

Oczywiście, moim zdaniem nawet są lepsze! Nierzadko przyjeżdżają do nas kontrahenci czy klienci z zagranicy i są zdziwieni wysoką jakością wykonania naszych mebli.

Czytałam, że państwa meble są sprzedawane na wszystkich kontynentach oprócz Australii. Czy gusta klientów na innych kontynentach są podobne do naszych?

Klienci w różnych regionach świata mają różne upodobania. Może poza jednym wyjątkiem - mebli nowoczesnych; te mają zwolenników na całym świecie. Zaobserwowaliśmy, że w USA czy Wielkiej Brytanii podoba się klasyka, ciemne kolory skór, tkanin i drewna. Z kolei Francuzi zdecydowanie upodobali sobie nowoczesne modele, Szwajcarzy odważne, designerskie zestawy. Z kolei Niemcy lubią w meblach wypoczynkowych twarde siedziska. Polscy klienci, czy nawet można powiedzieć klienci z całej wschodniej Europy, lubią wyjątkowo miękkie sofy.

Był pan pionierem w Polsce jeśli chodzi o program zachęcający pracowników do rzucenia palenia. Na początku lat 90. dał pan premię tym, którzy nie palili. Nie lubił pan ludzi, którzy palili papierosy?

Nie chodzi o to, że nie lubiłem, bo sam paliłem przez 10 lat. Wmawiałem sobie, że nie jest o nałóg i w każdej chwili mogę rzucić palenie. Okazało się, że to nie takie proste. W końcu jednak udało mi się. A jeśli chodzi o zakład, to wprowadziłem system premiowy - ten kto nie palił, dostawał 5 procent premii.

I to się sprawdziło?

Tak, po miesiącu paliło tylko 10 proc. załogi. Być może byli tacy, którzy w pracy nie palili, ale w domu sobie popalali. Ale to i tak był dla mnie sukces. Nawet dostałem nagrodę za wdrożenie tego systemu.

Mieszka pan ciągle w Dobrodzieniu? Nie kusiło pana, by wyprowadzić się na Karaiby albo w jakieś przyjemniejsze miejsce niż małe miasteczko na Opolszczyźnie?

Nie, nigdy o tym nie myślałem.

Jak wygląda pański dom. Czy dom Piotra Klera jest cały "w Klerze"?

Oczywiście, jednak mój dom w dużej mierze składa się z pomieszczeń służących do uprawiania sportu, część mieszkalna jest zdecydowanie mniejsza. Teraz jesteśmy z żoną tylko we dwójkę i nie potrzebujemy więcej niż kuchnia, pokój dzienny, łazienka i sypialnia. Jeśli chodzi o wnętrza mieszkalne to preferuję styl nowoczesny. Ale w piwnicy mam swoje ulubione miejsce - pomieszczenie służące wspólnym spotkaniom z rodziną, które nazywam stodołą. Sufity i podłoga są zrobione z drewna z rozebranego XVIII-wiecznego zamku. Lubię ten niezwykły klimat, kontrast między nowoczesnym domem a stylizowaną, starą piwnicą.

Wciąż regularnie uprawia pan sport?

Uprawiam sport całe życie, przede wszystkim dla zdrowia. Mam taki system: jeden dzień - 10 km biegu, drugi dzień - bieg dwadzieścia minut, pół godziny na rowerze i dwadzieścia minut pływania, żeby nie było nudy. Jeśli chodzi o biegi, to wyliczyłem, że robię już drugie okrążenie Ziemi wzdłuż równika.

Co daje panu sport?

Nie uprawiam sportu dla wyników. Po prostu nie lubię siedzieć na miejscu. Nawet na wakacjach - siatkówka na piasku, bieganie, pływanie, tenis stołowy. Cały czas w ruchu.

Czy sport pomaga panu w pracy w jakiś sposób?

Zdecydowanie. Zapewnia mi lepsze samopoczucie. Mam 70 lat, a czuję się na 18 (śmiech).

Wysiłek fizyczny oczyszcza umysł? Powoduje, że odrywamy się na chwilę od myślenia o pracy?

Na pewno tak. Obserwuję ludzi i widzę, że gdy ktoś uprawia sport to jego zaangażowanie w pracę jest większe. Sport wymusza rytm, zadaniowość, solidność.

Ceni pan pracowników sportowców?

Tak. Zachęcam i zapraszam pracowników do korzystania z infrastruktury sportowej dostępnej w moim domu. Uważam, że ruch jest ważny i potrzebny.

Z wnukami też spędza pan czas na sportowo?

Tak, zdecydowanie na sportowo. W mojej rodzinie wszyscy lubią ruch.

Ma pan komu przekazać stery w firmie. To dla pana, jako założyciela firmy, duża ulga?

Przekazywanie firmy młodszemu pokoleniu wcale nie jest łatwe. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to bardzo, bardzo trudne. Nam udaje się to dlatego, że jesteśmy ludźmi wierzącymi. Myślę, że dzięki temu jest nam łatwiej się zrozumieć. Nie ma jednej recepty na sukcesję. Wszystko zależy od tego, jak dana rodzina funkcjonuje. My w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o zatrudnieniu managera - prezesa zarządzającego, Jerzego Kuncickiego, który potrafi to wszystko połączyć.

Jaka jest teraz pana rola w firmie Kler?

Obecnie nazwałbym siebie doradcą. Konsultuję, podpowiadam, doradzam. Staram się coraz bardziej wycofywać.

Łatwo było panu oddać władzę w firmie?

Był to proces trwający 6 lat. Dla mnie ważne jest to, że zarówno mój syn Sebastian - wiceprezes ds. produkcji, jak i zięć Rafał Desczyk - wiceprezes ds. handlowych - są zaangażowani i oddani firmie. Syn jest konsekwentny w tym, co robi. Czasami miał rację, czasami nie. Ale wziął odpowiedzialność w swoje ręce i robi to po swojemu. Gdyby mnie cały czas słuchał, to tak naprawdę cały czas bym zarządzał. A ja już tego nie chcę.

Czy to prawda, że pracuje pan teraz tylko 3 godziny dziennie?

Tak naprawdę, ja już nie pracuję. Lubię jednak przejść się po firmie, zobaczyć co słychać na produkcji. Sporadycznie uczestniczę w ważniejszych spotkaniach. Odwiedzam Dobrotekę, napiję się tam dobrej kawy, pooglądam nowości. Czasami coś podpowiem, podzielę się wrażeniami.

Jak pańska firma poradziła sobie w czasie pandemii?

Początek był bardzo trudny. Przez półtora miesiąca wszystkie salony w Polsce były zamknięte. Również w Czechach, gdzie mamy własny salon. Dystrybutorzy zagranicą także mieli zamknięte placówki. Dzięki wcześniej zakontraktowanym zleceniom, w czasie wiosennego lockdownu mieliśmy co robić. Po tych kilku tygodniach, gdy salony zostały otwarte, wszystko wróciło na dawne tory, ale rzeczywiście początek był ciężki. Czuliśmy niepewność, pewnie zresztą jak wszyscy.

A teraz, zimą? Sytuacja w branży się poprawiła? Wróciły do państwa zamówienia na meble?

Dzisiaj, można powiedzieć, wszystko jest w miarę poukładane. Oby tak dalej.

Pana firma zależy nie tylko od polskiego rynku, ale też od zagranicznych. Jakie stamtąd płyną sygnały?

Jeśli chodzi o naszą branżę, to jeszcze się bronimy. Są sektory w znacznie gorszej sytuacji niż nasza. Czas pokaże.

Czy czas realizacji zamówień na meble wydłużył się z powodu pandemii? Nie było przestojów, nie wysyłaliście państwo pracowników na przymusowy urlop?

Nie, nie mieliśmy takich sytuacji. Jedynie część pracowników administracyjnych pracowała z domu, zdalnie. Mamy 34 salony w Polsce, regularnie spotykamy się z zespołami. Teraz, gdy okazało się, że nie można spotykać się twarzą w twarz, widzimy, że te spotkania mogą odbywać się przez internet. Epidemia wymusiła takie funkcjonowanie, ale sądzę, że w tej kwestii akurat wyszło nam to na dobre.

Czy zauważyliście państwo zwiększoną popularność sklepu internetowego w czasie pandemii?

Jest to obszar, który rozwija się intensywnie, co widzimy też w naszej firmie. Sprzedaż za pośrednictwem sklepu internetowego jest coraz większa, jednak produkty wysokiej jakości niełatwo sprzedaje się w tym kanale dystrybucji. Zauważamy, że klient wciąż woli obejrzeć mebel w salonie, usiąść na nim, dotknąć materiału, sprawdzić funkcjonalność i wygodę.

Musisz to wiedzieć

Bądź na bieżąco i obserwuj

Będzie wakacyjny boom? Polacy stęsknieni za podróżami

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie