Powódź tysiąclecia w Lubomi. Strażacy pomagali, narażając życie ZDJĘCIA ARCHIWALNE

Redakcja
W Lubomi najbardziej ucierpiały Nieboczowy, Ligota Tworkowska i Buków
W Lubomi najbardziej ucierpiały Nieboczowy, Ligota Tworkowska i Buków arc
Udostępnij:
Bez pomocy dzielnych strażaków skala zniszczeń po wielkiej wodzie w 1997 r. mogła być znacznie większa. Poznajcie historię strażaków z gminy Lubomia. Zobaczcie też archiwalne zdjęcia.

Powódź tysiąclecia w Lubomi. Strażacy pomagali, narażając życie

Po 20 latach wciąż nie jest łatwo mówić o Powodzi Tysiąclecia z 1997 roku. - To zostanie w pamięci do końca życia. Na powodzi byłem wychowany. Odra regularnie co jakiś czas wylewała. Jednak na taką skalę nigdy - wspomina Wacław Błaszczok, mieszkaniec Nieboczów i strażak Ochotniczej Straży Pożarnej w obecnie likwidowanej miejscowości.

Wraz ze strażakami z pozostałych gminnych OSP i Państwowej Straży Pożarnej, przez wiele dni niósł pomoc poszkodowanym. Dzięki odważnej postawie strażaków na naszym terenie nie doszło do tragedii, a i pewnie skutki wielkiej wody udało się znacznie zminimalizować. Często narażając własne zdrowie i życie. Wracamy do dramatycznych wydarzeń sprzed 20 lat na terenie gminy Lubomia.

Wylała nie tylko Odra

Padający od kilku dni ulewny deszcz spowodował, że 6 lipca nie tylko mieszkańcy Bukowa, Ligoty Tworkowskiej i Nieboczów nerwowo spoglądali na rosnący stan Odry. Jak zawsze przy intensywnych opadach dała znać o sobie Lubomka.

20 lat po powodzi tysiąclecia na Śląsku

- Ciągle padał deszcz, wiał wiatr i było zimno. Utrzymujący się opad spowodował wystąpienie Lubomki. Zalane były ulic e Korfantego, Potocka, a także kilkanaście domów. Lubomka to specyficzny potok. Szybko przybiera wodę, ale także szybko woda opada. Minęło pół dnia i woda znów płynęła w korycie - opowiada Bernard Burek, ówczesny komendant gminny OSP w Lubomi.

Odnotowano pierwsze straty, ale była to dopiero zapowiedź najgorszego, co czekało ze strony o wiele groźniejszej rzeki. 6 lipca o godz. 8 poziom Odry (pomiar Buków - Krzyżanowice) wynosił 475 cm, a o 24 było to już 640 cm (wzrost o 154 cm). Sytuacja znacznie się pogorszyła w kolejnych godzinach. 7 lipca o godz. 8 na tym samym punkcie pomiarowym poziom Odry wynosił już ponad 810 cm (wzrost o 170 cm). Zalane zostały łaty pomiarowe na których maksymalna skala wynosiła 810 cm (odczyt nie był już możliwy).

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE

Wał nie wytrzymał

Zanim doszło do przerwania wału w Bukowie (niedaleko mostu drogowego i ośrodka wypoczynkowego), o jego przetrwanie dzielnie walczyli strażacy. - Już wtedy woda zaczynała się przelewać. Wał był przemoczony, poniżej przeciekał. Próbowaliśmy ratować Buków układając worki z piaskiem. Na odcinku od 300 do 400 metrów podwyższyliśmy wał do 60-70 cm - wylicza Bernard Burek.

Deszcz nie ustępował, a poziom Odry w błyskawicznym tempie wzrastał. Mimo heroicznej walki strażacy musieli się ewakuować w bezpiecznej miejsce.
20 lat po powodzi tysiąclecia na Śląsku

- Nie było szans obronić tego wału. Podjąłem decyzję o wycofaniu. Następnie po 30 lub 60 minutach właśnie w tym miejscu rozerwało wał. Byliśmy około 400 metrów od niego. Słyszeliśmy huk. Jakbyśmy zostali, to doszłoby do olbrzymiej tragedii. Pracowało tam wtedy kilkudziesięciu strażaków, każdy worek trzeba było ręcznie przenosić - dodaje Burek.

Strażacy i mieszkańcy przekonali się o sile żywiołu. Woda w ciągu dwóch godzin zalała Buków. Potem dotarła do Ligoty Tworkowskiej i Nieboczów. Mimo wcześniejszych nawoływań, niewielu mieszkańców zdecydowało się na opuszczenie swoich domów i gospodarstw.

- Powódź dla nas to nic nowego. Woda przychodziła i odchodziła. Jak zawsze część rzeczy przenosiliśmy na górne piętra. Ale takiej fali się nie spodziewaliśmy - wspominają do dziś mieszkańcy Bukowa, Ligoty Tworkowskiej i Nieboczów. Strażacy natychmiast przystąpili do ewakuacji chętnych osób, a także zwierząt (bydła, trzody chlewnej itp.). Ratowano co tylko się dało. Do działań wykorzystywano łodzie, pontony oraz amfibie.

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE

Woda uwięziła ludzi

Dramatyczna sytuacja trwała przez kilka dni. Dopiero 9 lipca dotarła fala kulminacyjna, a spadek wody na rozlewiskach dopiero zauważono tego dnia wieczorem. W swoich domach uwięzieni zostali mieszkańcy, woda odcięła też drogę powrotną strażakom. Trzy wozy z Rybnika, Jastrzębia i Żor nie mogły wyjechać z Nieboczów. Samochody zatrzymano przy kościele, gdzie woda sięgała 80 cm. Sami strażacy spali w świątyni. Późnym popołudniem do wsi dotarła amfibia z żywnością i wodą, które pozostawiono w strażnicy OSP.

- Żywność i wodę rozdawaliśmy m.in. za pomocą wypożyczonych kajaków z ośrodka wypoczynkowego. Trzeba pamiętać, że to nie była spokojna woda. Nurt w wielu miejscach był bardzo silny. Kajakiem łatwiej było manewrować - przyznaje Wacław Błaszczok. Podczas akcji nie brakowało dramatycznych chwil. Tak było kiedy wspomniana amfibia wracała do Lubomi. Wcześniej na jej pokład ewakuowano mieszkańców, a także 16 uwięzionych strażaków. 500 metrów od Lubomi wpadła na przeszkody i przechyliła się na bok (był to zerwany asfalt przez nurt). Jednostka nabierała wodę. Z jej pokładu ewakuowano dzieci, a wezwani na pomoc strażacy wyciągnęli jednostkę za pomocą koparki. Jeszcze tego samego wieczoru naprawiono gąsienicę i ruszono na pomoc mieszkańcom Ligoty Tworkowskiej.

- Nurt nas spychał. Długo płynęliśmy. Na pokład zabraliśmy 19 osób, w tym 11 dzieci. Ale po chwili pojazd znów uległ awarii i zaczął obracać się wokół własnej osi. - Początkowo nie wiedzieliśmy co się stało. Po zmroku, w tym deszczu i zimnie jeden ze strażaków z uprawnieniami do nurkowania , wskoczył do wody i dłońmi wymacał, że gąsienica jest uszkodzona. Było za płytko żeby płynąć, a jechać nie pozwoliła zniszczona gąsienica. Padał deszcz, było ciemno, około godz. 22.

Byliśmy około 100 metrów od domu Gerarda Drobnego. Decyzja mogła być tylko jedna, ewakuacja. Jednoosobowym pontonem po jednej osobie podpływaliśmy do domu. Żeby było szybciej i bezpiecznej, to płynęliśmy przez oborę. Około 1 w nocy wszyscy byli już w domu, gdzie od właścicieli otrzymali suchą odzież, ciepłą herbatę. Dopiero rano strażacy zabrali nas stamtąd - mówi Burek, który od wylania wody przez trzy kolejne doby był cały czas na nogach. Podobnie ciężko pracowali pozostali strażacy.

- W sumie od powodzi to chyba z 1,5 miesiąca dzień w dzień po kilkanaście godzin cały czas w terenie. Przez dwa tygodnie to w remizie spałem, tyle było pracy. Do tego jeszcze trzeba było w domu sprzątać - dodaje Wacław Błaszczok.

Skala zniszczeń w sołectwach była ogromna.

20 lat po powodzi tysiąclecia na Śląsku

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Zachodni
Dodaj ogłoszenie