Stara Piekarnia w Bytomiu to restauracja dla zmotoryzowanych. Tak znany lokal radzi sobie w czasie pandemii koronawirusa

Szymon Bijak
Szymon Bijak
Stara Piekarnia w Bytomiu, jeden z najsłynniejszych lokali w mieście, radzi sobie z pandemią na różne sposoby. Wśród nich jest pomysł na... restaurację dla zmotoryzowanych. Zobacz kolejne zdjęcia >>>
Stara Piekarnia w Bytomiu, jeden z najsłynniejszych lokali w mieście, radzi sobie z pandemią na różne sposoby. Wśród nich jest pomysł na... restaurację dla zmotoryzowanych. Zobacz kolejne zdjęcia >>>Szymon Bijak
Udostępnij:
Branża gastronomiczna - w czasie drugiego lockdownu - radzi sobie na różne sposoby. Jedne lokale otwierają się mimo obostrzeń, inne szukają rozwiązań zgodnych z rządowymi wytycznymi. Stara Piekarnia w Bytomiu-Miechowicach postanowiła wykorzystać ogród letni na tzw. „motorest”. Mamy więc do czynienia z... restauracją dla zmotoryzowanych. - My jesteśmy na skraju utrzymania. Jeśli w ciągu miesiąca wychodzimy na „zero” to jest to świetny wynik. Nie zdarzyło nam się, żebyśmy wyszli na „plus” w czasie lockdownów - mówi w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim” Dorota Kwapisz, która prowadzi lokal od wielu lat.

Stara Piekarnia w Bytomiu wykorzystuje ogródek na tzw. "motorest". Co to takiego?

Branża gastronomiczna w czasie pandemii koronawirusa w naszym kraju - w związku z trudną sytuacją finansową - zaczyna się mocno buntować. Kolejne lokale otwierają się mimo obowiązujących obostrzeń wprowadzonych przez polski rząd.

Serwowanie dań na wynos lub dowóz do klientów - na chwilę obecną tylko w taki sposób, według rozporządzeń, mogą działać restauracje czy kawiarnie. Gości tradycyjnie przyjmować w środku nie można, więc kolejne lokale w regionie szukają sposobów, jak funkcjonować w dzisiejszym świecie w zgodzie z obowiązującymi przepisami.

Dobrym przykładem jest Stara Piekarnia w Bytomiu-Miechowicach. Kultowe miejsce, znajdujące się przy ul. Reptowskiej, które istnieje od 2005 roku, postanowiło wykorzystać ogród letni na tzw. „motorest”. W skrócie jest to restauracja dla zmotoryzowanych. Goście mogą zaparkować, a następnie zamówić jedzenie. Danie z kolei zostanie przyniesione przez kelnera prosto do samochodu. Jaka jest geneza tego nietuzinkowego rozwiązania?

- To pomysł, który narodził się jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Pomyślałam wówczas, że skoro mamy taki piękny ogródek, który zachwyca zwłaszcza latem, na dziedzińcu, to dlaczego nie wykorzystać go jako parking dla samochodów - mówi w rozmowie z „DZ” właścicielka Dorota Kwapisz.

Restauratorka przyznaje, że do wcielenia tego pomysłu w życie zainspirowała... rozmowa z młodym człowiekiem. - Powiedział mi, że nie ma nawet, gdzie teraz wybrać się na randkę z dziewczyną i zostaje tylko kawa wypita w samochodzie na parkingu przed centrum handlowym. U nas można więc spokojnie zjeść w miarę komfortowych warunkach i całkiem bezpiecznie. Naszym atutem jest fakt, że znajdujemy się na uboczu - dodaje nasza rozmówczyni.

Rzeczywiście, dzielnica Miechowice nie znajduje się w centrum miasta. Można nawet powiedzieć (z przymrużeniem oka), że mamy do czynienia z „końcem świata”. Ma to jednak swoje plusy: człowiek nie czuje się, jakby odwiedził restaurację znajdującą się w dużym mieście Aglomeracji Śląskiej. Cisza i spokój - tymi dwoma słowami można określić okolice Starej Piekarni.

Dorota Kwapisz: "My jesteśmy na skraju utrzymania. Jeśli w ciągu miesiąca wychodzimy na „zero” to jest to świetny wynik"

Pomysł z restauracją dla zmotoryzowanych - kolokwialnie rzecz ujmując - „chwycił”. - Reakcje ze strony klientów są bardzo pozytywne. Rzadko pojawiają się komentarze w stylu, że to bez sensu. Zaryzykuję, że ok. 95 proc. opinii w mediach społecznościowych to głosy na „tak” - wyjaśnia pani Dorota.

Oprócz ogrodu, który został zaadaptowany na parking dla samochodów, do dyspozycji klientów są jeszcze dwa takie miejsca. - Nawet, jeśli zjechałoby do nas 30 samochodów, to wszyscy się zmieszczą - nie ma wątpliwości właścicielka Starej Piekarni.

Lokal, mimo problemów wywołanych pandemią koronawirusa, nie poddaje się, ale sytuacja jest daleka od stabilnej.

- Ja chcę być optymistką, ale szczerze powiem: zdarza mi się to coraz rzadziej. Na początku pandemii myślałam, że to pójdzie gładko i damy sobie radę. Widzę jednak, że z miesiąca na miesiąc, jest gorzej. My jesteśmy na skraju utrzymania. Jeśli w ciągu miesiąca wychodzimy na „zero” to jest to świetny wynik. Nie zdarzyło nam się, żebyśmy wyszli na „plus” w czasie lockdownów. Nie ma na to szans - dodaje restauratorka.

Jak wyjaśnia: pomoc od państwa jest praktycznie znikoma. To jakieś 4 proc. kosztów poniesionych w ostatnich miesiącach.

- Miesięczny koszt utrzymania to dziesiątki tysięcy. To nie tylko duża restauracja, ale również hotel oraz pub. Tu pracują łącznie 24 osoby na umowach o pracę. Ja na szczęście nie płacę czynszu, gdyż to jest mój lokal. Gdybym jednak miała płacić to… mnie już tak naprawdę nie ma - kontynuuje pani Dorota.

Udało się także nikogo przez ten czas nie zwolnić. - Broniłam się przed tym rękoma i nogami. Stanęłam na rzęsach, żeby nikt pracy nie stracił. Nawet nikomu umowy nie musiałam zmieniać. Teraz po prostu kelnerzy stoją, razem z kucharzami, na kuchni i pomagają. Cieszą się, że mogą to robić. Nikt nie marudzi - odpowiada nasza rozmówczyni.

Stara Piekarnia w Bytomiu przez pandemię zdążyła się także... przebranżowić. - Jesteśmy obecnie firmą kateringową, a restauracją tak naprawdę tylko na papierze. Robimy wyroby garmażeryjne – pierogi, naleśniki, krokiety – i zawozimy to do zaprzyjaźnionych sklepów. Gdyby nie to, to nawet na wypłaty dla pracowników bym nie miała! - podkreśla.

Zobacz koniecznie

Bytomska restauratorka ma obawy co do powrotu do normalności. "Jedzenie w restauracji to jest jednak luksus"

Trudne czasy dla branży gastronomicznej powodują, że właściciele lokalów starają się wykorzystać ten okres chociażby na małe remonty czy zmiany aranżacyjne wewnątrz, na które ciężko znaleźć dobry moment, kiedy w środku nie brakuje gości. W Starej Piekarni postanowiono rozświetlić trochę restaurację - wstawiono kolejne okno, dzięki któremu zrobiło się jeszcze jaśniej. Poza tym przeprowadzono gruntowny remont pubu, który w dawnej formie... nie zostanie już otwarty.

- Tam będzie w przyszłości tzw. „restobar”. Wszystko jest tu gotowe – cały sprzęt na kuchni, meble, ściany pomalowane – i to się prosi już o otwarcie - zdradziła nam pani Dorota. Ma się on różnić tym, że w menu pojawi się więcej jedzenia...

- W pubie, tak naprawdę, były tylko przekąski i pizza z restauracji. Zdecydowałam się na tę zmianę, gdyż jestem pewna, że goście będą potrzebowali wyjścia na dłużej niż na to przysłowiowe piwo i posiedzą przy dobrym jedzeniu - dodaje.

Na inne pracy związane z odświeżeniem wnętrza restauracji nie ma na razie jednak szans. Powód jest prosty: brak środków. - Przecież nie mogę zrobić małego remontu, a potem powiedzieć pracownikom, że w tym miesiącu nie dostaną pensji - wyjaśnia właścicielka Starej Piekarni.

Bytomska restauratorka nie kryje w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim” pewnych obaw co do ponownego otwarcia. - Boję się, że jak wrócimy w miarę do normalności, to nie wszyscy ludzie będą chcieli tak chętnie wychodzić do lokali gastronomicznych. Z jednej strony – chodzi o kwestie związane z bezpieczeństwem, z drugiej – o pieniądze. Jedzenie w restauracji to jest jednak luksus. Jak ktoś mniej zarabia, nie ma premii i boi się o swoje jutro, będzie przeliczał.

Panią Dorotę postanowiliśmy także zapytać o akcję #OtwieraMY. W regionie pojawia się coraz więcej lokali, które wznawiają w pełni swoją działalność (oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego, co do np. ilości gości w środku).

Nie przeocz

- Taka myśl, żeby się zbuntować, przeszłą przez głowę, ale… wygrał rozsądek. Czytałam, choć nie wiem jak to będzie wyglądało w praktyce, że restauratorzy, którzy otwierają się „w pełni” mimo pandemii, będą musieli zwrócić pierwszą „tarczę” z lockdownu. A mnie na to nie stać. Jeszcze w Poznaniu, Krakowie, Zakopanem może te lokale zarobią na siebie tyle, że zwrot nie będzie problemem. Ale w Bytomiu-Miechowicach? - pyta retorycznie.

Dlatego też Stara Piekarnia stawia na „motorest”, catering oraz dowóz, który również cieszy się popularnością wśród klientów. Są oni zadowoleni, gdyż restauracja robi wszystko, aby posiłki były ciepłe. - Znaleźliśmy taki tani samochód, który ma w środku „skrzynię”. Jest ona cały czas ogrzewana. Pozbyła się go restauracja w Warszawie, która się zamknęła i sprzedała go ewidentnie po kosztach - dodaje pani Dorota.

Na sam koniec rozmowy powspominaliśmy początki tego kultowego obecnie miejsca na gastronomicznej mapie Bytomia. Były one bardzo ciężkie - nie było gości, mało kto wiedział, że w Miechowicach otworzył się taki lokal (przypomnijmy, że to nie był jeszcze czas tak rozwiniętych mediów społecznościowych).

Potem jednak poszło z górki. Często mówi się, że jeśli restauracja przetrwa pierwszy rok, to przetrwa również resztę. Wypada trzymać kciuki za to, żeby pandemia koronawirusa tego powiedzenia nie zweryfikowała negatywnie.

- Ludzie walczą o przetrwanie i ja też nie zamierzam się poddać. Włożyłam w to wszystko mnóstwo energii. Poświęciłam temu całą moją młodość. Nie wyobrażam sobie, żeby to wszystko zamknąć - w ten właśnie sposób całą sytuację podsumowała pani Dorota.

I tego pozostaje życzyć!

Musisz to wiedzieć

Bądź na bieżąco i obserwuj

UOKiK i Inspekcja Handlowa będą monitorować ceny w sklepach.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie