Terminator: Ocalenie

Magdalena Leończuk
Czwarta część historii o walce ludzi z bezdusznymi maszynami

nasza ocena: ***
USA, 2009, fantastyczno-naukowy, reż. McG, wyst. Sam Worthington, Christian Bale, Anton Yelchin

Terminator to coś więcej niż seria rozrywkowych filmów fantastycznych o walce ludzi z maszynami. Każdy film jest inny i wiele mówi o czasach, w których powstał.

Pierwszy zadebiutował na ekranach kin w 1984 roku, gdy USA były na wojennej ścieżce z ZSRR i trwał wyścig zbrojeń. Było już po zamachu na papieża, nieznana choroba, nazwana później AIDS, zaczęła zbierać żniwo, a w Centrum Medycznym w Utah po raz pierwszy z powodzeniem wszczepiono człowiekowi sztuczne serce. Co więcej, Apple Computer pokazała światu komputer biurowy z myszką, w RFN ponad milion osób protestowało przeciwko zbrojeniom atomowym i często dochodziło do zamachów bombowych. Lęk i niepewność wywołane tymi wydarzeniami znalazły odbicie w mrocznej, apokaliptycznej wizji przyszłości A.D. 2029, w której maszyny panują nad światem, a homo sapiens to gatunek na wymarciu.

Terminator 2: Dzień Sądu, w którym cyborg starej daty niszczy robota nowej generacji, wszedł do kin w 1991 roku. To był czas wielkich zmian na mapie Europy. Z kolei Bunt maszyn powstał dwa lata po wydarzeniach z 11 września, które wstrząsnęły światem i doprowadziły do globalnej wojny z terroryzmem. Słowa orędzia Georga W. Busha Wspaniali ludzie stanęli wobec konieczności obrony wielkiego narodu jak nic pasują do sytuacji młodego Connora i Kate, którzy robią wszystko, by nie dopuścić do uruchomienia komputera obronnego Skynet.

Terminator: Ocalenie _dowodzi z kolei, jak bardzo współczesny człowiek uzależniony jest od technologii. Bez telefonu komórkowego czuje się jak bez ręki, bez szybkiego łącza internetowego jest odcięty od świata, a gdy w uszach nie dudni mu muzyka prosto z iPoda, przytłacza go cisza albo przeszkadza wielkomiejski szum. Sztuczne serce daje mu drugie życie, ale jeśli zawiedzie sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniu, przyjdzie mu powiedzieć _Hasta la vista, baby. Technologia określa także status człowieka. Kto ma lepszą cyfrówkę, komórkę lub nowszego laptopa, ten jest dziany, należy do wyższej ligi. W Ocaleniu wybuchy są głośne, efekty specjalne świetne, scenografia fantastyczna, a terminatory to prawdziwe cacuszka. Niestety to wszystko jest ważniejsze od bohaterów. Czynnik ludzki tonie w morzu blachy, co dobrze oddaje charakter naszych czasów, ale szkodzi samemu filmowi.

Akcja czwórki rozgrywa się kilkanaście lat po Terminatorze III, który zakończył się buntem maszyn. Jest rok 2018. Skynet kontroluje armię Terminatorów. Maszyny polują na ludzi, którzy przeżyli nuklearny pogrom i ukrywają się w opuszczonych miastach, bunkrach i w obozach na pustyni. Część ocalałych stworzyła Ruch Oporu.
W takim świecie budzi się Marcus Wright. Nie pamięta co się z nim działo po tym, jak w 2003 roku w celi śmierci, tuż przed wykonaniem wyroku, podpisał zgodę na oddanie swojego ciała nauce. Wkrótce poznaje nastolatka Kyla Reesa, z którym się zaprzyjaźnia. Gdy chłopak zostaje porwany przez maszyny, Marcus chce go odbić. Napotkana po drodze pani pilot przekonuje go, że jedyną osobą, która mu w tym pomoże jest dowódca jej oddziału, John Connor.

Terminator: Ocalenie to pierwszy film z serii, który w Stanach Zjednoczonych otrzymał tak niską kategorię wiekową (PG-13 zamiast dotychczas przyznawanej R). Co w pewnym stopniu może tłumaczyć, dlaczego brak mu mrocznego klimatu poprzednich części. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy oglądałam jedynkę będąc dzieckiem, miałam w pogotowiu koc, by w krytycznych momentach wpakować w niego głowę - takie napięcie generował James Cameron. Osiągnął je też w dwójce. Dawał jednak chwile oddechu dowcipnymi kwestiami. Nie zabrakło tego nawet w gorszej trójce wyreżyserowanej przez Jonathana Mostowa. Jednak teraz, mimo że tempo cały czas jest dobre, napięcie jest stosunkowo słabe. Nie ma poczucia zagrożenia czającego się za rogiem, ani lęku o to, co stanie się z bohaterami. A szalejący kryzys najwyraźniej kompletnie pozbawił twórców poczucia humoru. Być może to wynika z panującej w kinie mody, by kultowe serie odświeżać i robić na poważnie, bez mrugania do widza okiem (nowe Batmany z Christianem Balem czy Bondy z Danielem Craigiem).

Ocalenie promowano jako film o Connorze, który ze zwykłego żołnierza staje się post-apokaliptycznym mesjaszem, przywódcą ruchu oporu. Niestety o jego legendarnej charyzmie, która sprawiała, że ludzie gotowi byli skoczyć za nim w ogień, więcej słyszymy niż ją na ekranie widzimy. Nie ma w tym jednak winy Christiana Bala, który jest dobrym aktorem. Connora pomyślano w T4 jako twardego, stanowczego i upartego gościa o analitycznym umyśle, przez co momentami przypomina maszynę. Duszą i sercem filmu jest w istocie Marcus, jak na ironię hybryda człowieka i maszyny. To jego historia wciąga, wywołuje emocje i to grający go Sam Worthington jest gwiazdą filmu. Australijczyk wprowadza odrobinę psychologizmu. Nie tracąc nic z twardziela, świetnie odgrywa dramat Marcusa, który uważa się za człowieka i którego w równym stopniu boli to, że ludzie widzą w nim robota, a maszyny uważają za swojego. Tylko jego nie zdołała przygwoździć technologia - jakie czasy, taki Terminator.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

i
inny dziennikarz

Fotek do artykułu nie wybiera autor artykułu, Panie John Connor. Liczy się recenzja, która akurat jest bardzo fajnie napisana.

J
John Connor

fotka powyżej z Transformers: Zemsta upadłych, to samo w wydaniu papierowym :D pani Magdalena inteligencją nie grzeszy :D

Dodaj ogłoszenie