Bociany, kapusta i hebama - czyli wychowanie seksualne

Marek Szołtysek
Głupotą jest twierdzić, że wychowanie seksualne to prosta sprawa i należy ją od zaraz powszechnie praktykować od przedszkola do przysłowiowego Opola. Problem jest złożony moralnie, obyczajowo czy wychowawczo.

Bo tam, gdzie dla jednego wychowaniem seksualnym jest już instrukcja obsługi prezerwatywy, to dla drugiego będzie to istna Sodoma i Gomora. Zagadnienie ma też sprzeczne ze sobą aspekty ekonomiczne - bo z jednej strony producenci środków antykoncepcyjnych chętnie zwiększą sprzedaż, ale to zmniejszy zysk sprzedawców pieluch jednorazowych. A jakiż dylemat mają rządy?

Z jednej strony wiedzą, że rodzenie wielu dzieci jest dla państwa dobre, ale z drugiej strony urodzenie dziecka to wydatki na zasiłki i całą politykę prorodzinną. Natomiast kultura regionalna sprawami seksualności zajmowała się chyba tylko w pieśniach o utraconych wiankach. Tradycyjna śląska kultura, podobnie jak większość ludzi na świecie, nie radziła sobie z odpowiedzią na proste pytanie: Skąd się biorą dzieci?

Ta intymna i dawniej bardzo wstydliwa sfera ludzkiego życia potrzebowała więc sposobu na wyjaśnienie oczywistego zjawiska, że najpierw dziecka nie ma, a potem jest. Stosowano więc na Śląsku kilka tłumaczeń, zwłaszcza o bocianie, kapuście i hebamie. Zatem bocian nazywany jest też na Śląsku - bocion, boczoń lub bocoń. Opowiadało się, że jak rodzice chcą mieć dziecko, to muszą otworzyć okno i wystawić na parapecie talerzyk z cukrem. Wówczas bocian przyniesie do tego domu dziecko.
*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera
Trudno jednak było mówić tak późną jesienią, gdy bociany odleciały do ciepłych krajów. Wtedy opowiadało się o kapuście, w której rodzice mieli znajdować swoje dzieci. Oczywiście młode Ślązoki były znajdowane w modrej, czyli czerwonej kapuście. Natomiast zimą, gdy nie było już bocianów, a kapusta była zjedzona, to dzieci do domów przynosiła hebama, czyli położna, akuszerka, wiejska pielęgniarka. Kobietę taką, cieszącą się w swej społeczności wielkim szacunkiem, wzywano zawsze do porodu, gdyż Ślązoczki rodziły dawniej wyłącznie w domu.

Dzieci, mąż i inni domownicy wychodzili wówczas z izby i czekali w ogrodzie albo w laubie. Wszyscy widzieli wtedy jak hebama wchodzi do domu z taszą, czyli torbą pełną potrzebnych rzeczy. Kiedy później ze strony najmłodszych domowników padało pytanie, skąd się biorą dzieci, to rodzice odpowiadali: - Przeca hebama przynosi je w taszy! Mimo tych przeróżnych opowieści była jednak na Śląsku głęboka świadomość, że dziecko przychodzi skądś, z zewnątrz, z nieba od aniołków, od Ponboczka, że jest darem nieba, że nie jest własnością rodziców.

Podkreślał to dawny zwyczaj kładzenia nowonarodzonego dziecka na progu domu. Wówczas ojciec brał dziecko na ręce, uznawał za swoje, wnosił do domu i podawał matce jako dar. Piękna tradycja!

*Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie