Rybnik. Ordynator oddziału intensywnej terapii ma niezwykłą pasję. Ekspedycje w górach wysokich. Zdobył m.in. Mont Blanc

OPRAC.:
Jacek Bombor
Jacek Bombor
Ordynator oddziału intensywnej terapii w Rybniku ma niezwykłą pasję. Górskie wyprawyZobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE arc. prywatne
Rozmowa z dr. Andrzejem Plutą, anestezjologiem i ordynatorem Oddziału Intensywnej Terapii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Pasja - wspinaczka w górach wysokich na całym świecie - pozwala zapomnieć o ciężkiej pracy.

Kiedy Pan zaczął chodzić po górach?

W liceum. Zacząłem oczywiście w Beskidach. Zdobywałem krok po kroku wszystkie górskie odznaki PTTK – brązowe, srebrne i złote. Co ciekawe, wówczas chodził ze mną po górach Marian Kuczera, który dziś jest ordynatorem pierwszego Oddziału Chorób Wewnętrznych w rybnickim szpitalu.

Potem na studiach ruszyłem w Tatry, zarówno te polskie jak i słowackie. Wszedłem na wszystkie najważniejsze szczyty tego pasma górskiego z Gerlachem na czele. Kiedy w 1986 roku pojawiła się możliwość wyjazdu z grupą PTTK w Himalaje nie zastanawiałem się ani chwili. Tam szliśmy w rejon Makalu – ciekawostką był fakt, że był on wcześniej zamknięty dla turystów. To był pierwszy rok, kiedy można było się tam dostać. Doszliśmy wtedy na wysokość 6300 metrów, co w porównaniu z doświadczeniami z Tatr, było bardzo dużą wysokością.

Biorąc pod uwagę, że Gerlach ma 2655 metrów, to była chyba całkiem inna wspinaczka…

Tak. Podam przykład - w Tatrach jak płynie rzeka trzeba zejść 100 metrów w dół i potem 100 w górę. A na Makalu w takiej sytuacji jest 500 metrów w dół i 500 w górę żeby przejść przez jakiś most, kładkę, czy czasami bród (śmiech).

A jak wyglądała wtedy organizacja takiego wyjazdu? Dziś to nie problem ale sądzę, że w 1986 roku było to zdecydowanie trudniejsze wyzwanie.

Wszystko organizowaliśmy sami. Z Polski wzięliśmy konserwy, makaron i zupy w proszku które zresztą sami robiliśmy, bo przecież nie było wówczas w Polsce tak popularnych dziś zupek instant. Na miejscu kupiliśmy tylko ryż i benzynę do maszynek podgrzewających posiłek. Na miejscu wynajęliśmy też ludzi, którzy dźwigali nam cały sprzęt.

Jak to się odbywa?

Przede wszystkim musieliśmy zdobyć dolary, żeby im zapłacić. Z Polski wyjechaliśmy mając 10 dolarów w kieszeni, bo taki był oficjalny przydział. Każdy z nas wziął trochę kryształów, jakąś butelkę whisky które na miejscu sprzedaliśmy. Wówczas mogliśmy wynająć pottersów, czyli miejscowych którzy pomagali nam w czasie wyprawy. Nie należy mylić ich z Szerpami – ci drudzy chodzą tylko na bardzo duże wysokości. A pottersi zaprowadzili nas na miejsce, a wracaliśmy już sami, każdy z nas z plecakiem ważącym około 25 kilogramów.

Dziś pottersów można wynająć nawet przez internet, a wtedy jak to wyglądało?

Po prostu wchodziliśmy do wioski i musieliśmy odwiedzić starszego, czyli człowieka który tą wioską rządził. On wskazywał osoby, które miały z nami iść. Pamiętam, że z nami szła nawet jedna kobieta co było ewenementem, bo kobiety raczej nie wynajmowały się do noszenia. Oczywiście biorąc pod uwagę niewielką ilość dolarów musieliśmy się targować o cenę usługi. Ostatecznie stanęło na sumie dwóch czy trzech dolarów za dzień wędrówki. Dla porównania dodam, że dziś pottersi biorą 50, a nawet 100 dolarów za jeden dzień pracy.

Ile zajęła wam droga na wysokość 6300 metrów?

Wchodziliśmy 14 dni, na miejscu spędziliśmy trzy dni. Powrót zajął nam 10 dni.

Czy ta wysokość wymaga już aklimatyzacji?

Tak, pierwsze objawy choroby wysokościowej można zaobserwować już na wysokości 3500 metrów. Nie wymaga co prawda tlenu, choć na wysokości 7000 metrów jest on już wskazany. Myśmy oczywiście tlenu nie mieli.

Gdyby mógł Pan wyjaśnić jak przebiega choroba wysokościowa?

Najpierw pojawia się ból głowy lub wymioty, potem duszności wynikające z obrzęku płuc. Najbardziej niebezpiecznym objawem jest obrzęk mózgu – wtedy zaczyna się majaczenie i utrata przytomności. Ja spotkałem się kilka razy z taki objawami u ludzi chodzących po górach. Najczęściej jedynym ratunkiem dla nich jest jak najszybsze sprowadzenie ich na dół. Oczywiście jest Dexaven, Atropina czy Adrenalina – można je podawać w najtrudniejszych przypadkach, ale w zasadzie stuprocentowym ratunkiem jest tylko jak najszybsze zejście na dół.

Czyli wysokie góry zaczęły się od Makalu. A co było potem?

Alpy. Jeden z pracowników Urzędu Miasta w Rybniku organizował wyjazdy i ja się z nimi zabierałem. Zresztą w Alpy jeździłem potem bardzo często – tam jest 48 szczytów o wysokości przekraczającej 4000 metrów, ja zdobyłem 11 z nich. Tych najważniejszych m.in. Mount Blanc, Dufourspitze, Dom de Mischabel czy Matterhorn. Ten ostatni był zresztą jedną z najtrudniejszych gór na jakie się wspinałem. Szedłem na niego dwa razy – raz musiałem się cofnąć, bo nie daliśmy rady wejść na szczyt przed godziną 14. Jest taka zasada, że jeśli nie dasz rady tego zrobić przed tą godziną, lepiej wrócić, bo mogłoby się to wiązać z koniecznością spędzenia nocy na wysokości przekraczającej 3000 metrów. To bardzo niebezpieczne nawet latem. Za drugim razem mi się udało i powiem Panu, że wejście na Matterhorn jest łatwiejsze niż zejście. To bardzo stroma góra, tak naprawdę ze szczytu widać schronisko na dole

I to było najtrudniejsze Pana wejście na szczyt?

Było trudne, ale jeszcze trudniejszym przeżyciem było siedem godzin błądzenia na Gerlachu. To było jeszcze w czasach mojej młodości (śmiech). Ale zszedłem sam bez pomocy tatrzańskich służb ratunkowych.

Nie przeocz

Na ilu kontynentach się Pan wspinał?

Na wszystkich prócz Antarktydy i Ameryki Północnej. W tej drugiej byłem, ale się nie wspinałem. Bardzo ciekawy szlak robiłem za to w Peru – Cordillera Blanka. Szlak bardzo trudny, szliśmy razem z kolegą i przewodnikiem przez 15 dni. Całkiem sami, spotykaliśmy tylko pojedynczych pasterzy. To przepiękny szlak, który pokonaliśmy idąc według mapy, bo nawet ten przewodnik nie znał drogi. Pokonaliśmy 13 przełęczy powyżej 4000 metrów – najwyższa z nich miała 5300 metrów nad poziomem morza.

Jak pan się przygotowuje do tych wyjazdów pod względem kondycyjnym?

W szpitalu biegam po schodach, bo oddział mam na poziomie zerowym, a dyżurkę na trzecim (śmiech). Świetny trening! Zresztą ja raczej na co dzień jestem aktywnym człowiekiem – dużo jeżdżę na rowerze, bardzo lubię narty.

A jak żona reaguje na Pana pasję? Z tego co słyszę, to są często wyjazdy na kilka tygodni…

Cóż, po prostu kiedy wracam jedziemy na dwa tygodnie nad morze (śmiech).

Zobacz koniecznie

Musisz to wiedzieć

Podatek od kamperów już od lipca

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie