Karwat: W poszukiwaniu zaginionych światów. Pamiętacie je?

    Karwat: W poszukiwaniu zaginionych światów. Pamiętacie je?

    Krzysztof Karwat

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    Krzysztof Karwat

    Krzysztof Karwat

    Też tak czasem macie? Zaglądacie do skrzynki e-mailowej, pusta, więc chwilę potem chcecie coś w internecie sprawdzić. Ale to nie jest pilne i od razu zapominacie. Człowiek się nawet nie zorientuje, kiedy daje się złowić jak mucha w sieć pajęczą. Coś cię zatrzymuje, włazisz głębiej i głębiej, choć długo nie wiesz, po co.
    Krzysztof Karwat

    Krzysztof Karwat

    Takie zabawy bywają niebezpieczne, są złodziejami czasu. Niekontrolowane żeglowanie w hiperprzestrzeni odmóżdża, nawet jeśli nosi znamiona samoedukacji. Nie ma na to skutecznego lekarstwa, a podobno to już jednostka chorobowa. Wiadomo, z uzależnieniami trudno się walczy. Co wtedy robię? Resztką woli włączam czerwoną lampkę w głowie i definiuję obszar tematyczny. Ostatnio postanowiłem odnaleźć ślady nieistniejących osad, po których nic nie zostało.

    Turyści preferujący piesze wycieczki górskie znają te dziwne uczucia. Zwłaszcza ci, którzy wędrują po Bieszczadach bądź Beskidzie Niskim, gdzie tu i ówdzie można natrafić na relikty wiosek zaludnionych jeszcze w latach 40. ubiegłego wieku - głównie przez Łemków i Bojków. Sam znam też kilka opuszczonych siedlisk w naszych Beskidach. Jedno z nich nazywam w swojej własnej nomenklaturze „umarłą wioską”, bo wygląda tak, jakby jej mieszkańcy nagle musieli z niej w popłochu uciec przed jakimś kataklizmem, nie mając już czasu, by wynieść z chałup stare meble, a nawet rodzinne szpargały. W rzeczywistości - to śląski przemysł, zwłaszcza górnictwo, w latach prosperity i poszukiwania rąk do pracy wyssało tych ludzi do miast, a potem już nie było do czego wracać, bo najstarsi odeszli, pozostawiając po sobie skomplikowane i nierozwiązane do dziś kwestie dziedziczenia.

    Powiadam, miejsc takich na obszarze obecnego województwa śląskiego znam co najmniej kilka, ale żadnego z nich nie przebije sioło nazywające się Niymce (właśnie tak, w gwarowym kształcie), zagubione u podnóży malowniczej Romanki. Trudno je odnaleźć, no chyba że na uszczegółowionych mapach turystycznych, bo z ziemi wystają tylko strzępy fundamentów i resztki grubych belek, przypominających o tym, kto je wyciosał z okolicznych świerków. Z górą 200 lat temu żywieccy Habsburgowie sprowadzili z głębi Austrii robotników leśnych i to właśnie oni tutaj osiedli. Większość z nich się spolonizowała i to do tego stopnia, że dziś tu tylko nieliczni górale mają świadomość swych „niymiec-kich” korzeni. Co ciekawe, jeden z tych rodów nosi najpopularniejsze polskie nazwisko: Nowak. Etymologicznie oznaczało: „nowy”, w wielu przypadkach także - „obcy”, „inny”. Warto tę dygresję zadedykować tym, którzy w „arcypolskich” nazwiskach widzą dowód na swą „nieskażoną” krew polską…

    A w przemysłowej części regionu? Każdy z nas zna takie ulice, takie kwartały domów, ba, całe fragmenty dzielnic i osiedli, które bezpowrotnie zniknęły. Przykłady? Kolonia Szyb Marcina (dawniej: Martinschacht) w Świętochłowicach-Lipinach, zachowana już tylko na starych zdjęciach i w „Soli ziemi czarnej” Kazimierza Kutza. Albo - jeszcze starsza - świętochłowicka Kolonia Falva, dla mnie o tyle ważna, że na przełomie XIX i XX wieku mieszkał tu jeden z moich pradziadków.

    Niestety, choć zbiory internetowe są ogromne - także te poszerzane przez pasjonatów-amatorów - nie natrafiłem na fotograficzne zapisy tego miejsca. Podobnie jak w przypadku dużego i ludnego obszaru dworskiego, założonego przez Henckli von Donnersmarcków, przybyłych tu w pierwszych dekadach XVII wieku ze Spiszu. Niedźwiedziniec (dawniej: Bärenhof), leżący na skraju Chorzowa-Batorego, niby nie umarł, bo w ostatnich latach powstało tu dość ładne osiedle (i cmentarz), ale chyba już od 50 lat nie ma najmniejszych śladów po wiejskiej zabudowie. Nie inaczej jest w przypadku Kolonii Joanka (Johanka), graniczącej z Załężem, gdzie znajdowało się boisko piłkarskie starsze od najstarszych boisk Ruchu Chorzów.

    Z wczesnego dzieciństwa pamiętam sielski widoczek (i siebie na jego tle), z kilkoma na ogół parterowymi domostwami, potem wchłoniętymi przez hutę. To stare mapy przypomniały mi, że to była Kolonia Dolna (tak, chyba Dolna się o niej mówiło). Klimat - głęboki XIX wiek. Wijąca się droga, nawet nie wybrukowana. Jak to sobie wyobrazić, skoro na zdjęcia nigdzie nie natrafiłem. To jeszcze jeden dowód na to, że w internecie jednak nie ma „wszystkiego”!

    POLECAMY PAŃSTWA UWADZE:




    Zobacz najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia w programie TyDZień



    Czytaj treści premium w Dzienniku Zachodnim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    DZ poleca

    Wideo