MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Namiętności i lęki, czyli „Don Giovanni” Mozarta na deskach Opery Śląskiej w Bytomiu. Recenzja

Magdalena Nowacka-Goik
Magdalena Nowacka-Goik
Fot. Krzysztof Bieliński - Facebook Opera Śląska
Don Giovanni - rozpustnik, hulaka, kobieciarz. Inteligentny, sprytny i do końca gotowy na wszystko. Kochany przez kobiety i – jak sam twierdzi – równie je kochający. Tylko co noc inną, bo przecież każda jest warta uniesień w jego ramionach. Na deskach Opery Śląskiej odbyła się ostatnia premiera w tym sezonie - „ Don Giovanni”, pełny tytuł: Il dissoluto punito ossia il Don Giovanni (Rozpustnik ukarany, czyli Don Giovanni) skomponowana przez Wolfganga Amadeusza Mozarta z librettem Lorenzo da Ponte na podstawie sztuki Moliera „Don Juan” . Dla Opery Śląskiej wyreżyserował ją znany reżyser -wizjoner, Michał Znaniecki. Stali melomani bytomskiego teatru kojarzą go z obsypanej złotymi maskami „Romea i Julii”, zrobionego z rozmachem „Flisa” w ramach urodzin Moniuszki czy przejmującej „Traviaty”. Tym razem na tapet wziął historię słynnego kochanka.

Michał Znaniecki to reżyser znany na całym świecie. Jest w stanie zrobić operę w każdym miejscu – czy to na scenie kameralnej, czy na pustyni i w każdej z przestrzeni wykorzystać jej wszystkie atuty. To także reżyser, który nie robi sztuki dla sztuki. Jako erudyta, swobodnie sięga po inspiracje literackie czy filmowe, nie boi się współczesnej popkultury, uwielbia grę z widzami.

Pięćdziesiąt twarzy Greya i nie tylko

Oglądając jego inscenizacje, widz doskonale bawi się wyłapując aluzje, których nie brakuje i w tej wersji „Don Giovanniego”. Mamy więc damsko-męskie relacje nasuwające skojarzenia z „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”. W całym spektaklu kipi zresztą od erotyzmu i śmiałych scen. Personifikowane szatańskie moce, które porywają bohatera do czeluści piekieł, gdzie „zaprasza” go duch „marmurowego” (świetna charakteryzacja) Komandora (Grzegorz Szostak), przypominają dementorów z „Harrego Pottera”. A radosny, rozśpiewany orszak Zerliny (Monika Korybalska) i jej narzeczonego Masetto (Bartłomiej Kłos), cały w zieleni, z jednej strony wygląda jak mitologiczny pochód Dionizosa, z drugiej tchnie magią szekspirowskiego „Snu nocy letniej”. Jest i bal maskowy, niczym uczta u cezara, a także pełne symboliki rzeźby, symbolizujące piękno Hellady.

Wizja, inscenizacja, to jedno, ale jej wyraz kryje się też w przekazie kostiumów, które stworzyła Małgorzata Słoniowska. I są przepiękne! Długie, lateksowe, błyszczące płaszcze w różnych kolorach, podkreślają charaktery poszczególnych solistów. Ta prosta symbolika to kolejny sygnał wysłany do widza. Czarny Don Giovanni, biały Leporello (Bartosz Urbanowicz), błękitny (z loczkiem!) Don Ottavio(Andrzej Lampert) i jego ukochana, również w odcieniu blue, aczkolwiek ciemniejszym, Donna Anna (Kamila Dutkowska) , płonąca ogniem namiętności Donna Elwira (Aleksandra Orłowska) czy przechodząca metamorfozę od pełnej naiwności „zielonej” do mrocznej bogini zemsty, Zerlina. Jednocześnie stylistyka kostiumów ma w sobie uniwersalizm, pozwalający osadzić naszych bohaterów w dość dowolnym czasie. Nie zapominajmy o balecie i chórze – stanowią nie tyle tło, co równorzędne formy prezentacji.

Drugi plan - odbicie naszych myśli

Reżyser ma na swoim koncie sporo wersji tego tytułu i za każdym razem sięga po nowe inspiracje, inne spojrzenie. Chociaż w przypadku archetypowej już postaci, walka o oryginalność bywa wyzwaniem. Tym razem mamy więc operę psychologiczną. Z traumami, emocjami i przeżyciami, nie tylko tytułowego łamacza niewieścich serc, ale też praktycznie każdej postaci, która się pojawia na scenie, możemy się identyfikować – my, widzowie. Brak emocjonalnego i stałego zaangażowania Don Giovanniego (Stanislav Kuflyuk) ma swoje korzenie w odejściu matki, kiedy był jeszcze dzieckiem. Tak więc na wejście nasz bohater dostaje pewne, dość zresztą proste usprawiedliwienie swojej uczuciowej niestałości. Tu warto dłużej zatrzymać się przy scenografii i dwóch równolegle rozrywających się planach – dosłownym i teatrze cieni. Za scenografię odpowiada Luigi Scoglio, stale współpracujący z reżyserem, za projekcję Stanisław Zaleski , a za reżyserię świateł Ewa Garniec. Tych troje realizatorów stworzyło wyjątkowy obraz, który jest nie tylko dopełnieniem gry aktorskiej, ale stanowi momentami jakby osobną odsłonę. I znowu nasuwają się skojarzenia, tym razem kierujące nas w kierunku...no jakby inaczej obecnie – AI.

Przywykło się uważać, że w operze najważniejsza jest muzyka. I o ile inscenizacyjnie reżyser pozwala sobie na innowacyjność – zresztą, całkiem słusznie, to Tomasz Tokarczyk, kierownik muzyczny, trzyma się klasyki. - Współcześnie będzie na scenie, a w kanale (orkiestrowym – przyp.red.) będzie tradycyjnie – mówił podczas konferencji prasowej przed premierą. I tak faktycznie było – jest klasycznie, jest Mozartowsko, jest w końcu subtelne basso continuo (Larisa Czaban – pięknie!).

On, one i jego cień

Stanislav Kuflyuk jest idealnym Don Giovannim – zarówno głosowo, jak i aktorsko. Stworzył postać, która chociaż na początku oceniana powierzchownie, w finale budzi szacunek odważną decyzją. Do końca jest konsekwentny, jego męska duma nie pozwala na ukorzenie się.

Ale równie ciekawie i wcale nie w jego cieniu jest Leporello. W tej roli Bartosz Urbanowicz, który jednocześnie kreuje tę samą rolę na scenie niemieckiej. Jak jednak zapewniał przed premierą bytomską, wizje reżyserskie tej postaci są odmienne.

Na uwagę zasługują z pewnością wszystkie kobiety tytułowego bohatera. Najmocniej na tym firmamencie świeci Aleksandra Orłowska, jako Donna Elwira. Artystka, dzięki czarnej peruce zmienia tu całkowicie image (naturalnie jest blondynką), nabiera feministycznego pazura, co równoważy subtelność (ale nacechowaną mocną dramaturgią) jej sopranu. Świetnie współbrzmi też z nią w duecie Monika Korybalska (mezzosopran) – która przechodzi spektakularną przemianę od naiwnego nieco dziewczęcia do bezwzględnej kobiety - prawdziwej Nemezis. Zresztą, wszystkie trzy panie, chociaż odmienne w tonacji muzycznej i charakterologicznie, wspólnie pokazują, że skrzywdzone potrafią połączyć siły (niczym dziewczyny z filmu „Och, Karol”).

Gatunek drama giocosso, czyli dramat z użyciem komicznych elementów, do którego zalicza się właśnie ten tytuł, powinien trafić zarówno do wymagających melomanów, jak również do tych, dla których będzie to jedno z pierwszych spotkań z operą. Bo każdy z nas odnajdzie tu swoje lęki, swoje dramaty, a może i...swoje ukryte marzenia?

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jerzy Stuhr nie żyje. Aktor zmarł w wieku 77 lat

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikzachodni.pl Dziennik Zachodni